Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 kreska: 8/10
fabuła: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 28
Średnia: 7,86
σ=1,83

Wylosuj ponownieTop 10

Threads of Time

Rodzaj: Manhwa
Wydanie oryginalne: 1999-2003
Liczba tomów: 11
Tytuły alternatywne:
  • 살례탑
  • Sal-Le-Top
Widownia: Seinen; Postaci: Księżniczki/książęta; Rating: Przemoc; Miejsce: Azja; Czas: Przeszłość; Inne: Trójkąt romantyczny

Jak to jest z tą walką z przeznaczeniem? Tym razem na to pytanie odpowie koreański nastolatek, wrzucony w sam środek krwawej wojny sprzed kilkuset lat.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Chandra

Recenzja / Opis

Moon Bin nie dogaduje się zbyt dobrze z rodzicami (choć to mało powiedziane), ale oprócz tego wiedzie całkiem zwyczajne życie współczesnego nastolatka. Od jakiegoś czasu dręczą go jednak dziwne sny, w których przenosi się do Korei z pierwszej połowy XIII wieku. Z czasem okazuje się, że nocne koszmary prześladują go również za dnia, a dwie rzeczywistości, na granicy których chłopak żyje, zaczynają się przenikać. Punktem wspólnych wszystkich snów jest tajemnicza postać ponurej czarnowłosej dziewczyny, która wyraźnie czegoś od niego chce. Pewnego feralnego dnia pojawia się ona niespodziewanie na basenie i próbuje utopić Moon Bina, który co prawda cudem uchodzi z życiem, ale jest w śpiączce i na dobre ląduje w ciele niejakiego Sa Kyounga, młodego syna jednego z generałów państwa Koryo (dawna Korea; inaczej Goryeo), stojącego u progu wojny z Mongołami. Jego „nowi” rodzice do złudzenia przypominają tych współczesnych, jednak ich stosunek do chłopaka jest zupełnie inny, okazuje się również, że w snach prześladowała go własna siostra, Sa Lum, która podobnie jak brat zapadła kilka lat temu w śpiączkę i do tej pory się nie obudziła. Dlaczego sprowadziła Moon Bina w te odległe i nieprzyjazne czasy?

Tymczasem po drugiej stronie barykady specjalny turniej ma zadecydować, kto poprowadzi mongolską armię na Koryo. Wyznaczony do tego zadania zostaje bezwzględny generał Sali Tayi (encyklopedyczna wersja podaje Sartai), jednak zwycięzca rywalizacji będzie mu towarzyszył w podbojach. Wszyscy typują wnuka obecnego władcy, lecz niespodziewanie zjawia się utalentowany wojownik, który… okazuje się krnąbrną księżniczką, Atan Hadas. Dziewczyna za wszelką cenę próbuje udowodnić zarówno dziadkowi, jak i pozostałym, że nadaje się na żołnierza, mimo iż jest kobietą. Ostatecznie władca dotrzymuje słowa i młoda zwyciężczyni wyrusza razem z mongolskimi wojskami, jednakże jej narzeczony (wspominany Sali Tayi) już na samym początku daje jej dość jasno do zrozumienia, że jest pod jego dowództwem i właściwie nie ma prawa głosu…

Jak nietrudno się domyślić drogi Moon Bina, Sali Taya i Atan Hadas prędzej czy później przetną się. Los jednak sprawi, że odbędzie się to w niezwykle tragicznych i trudnych okolicznościach. Kolejne wydarzenia sprawią bowiem, iż zakochają się w sobie Moon Bin i Atan, stojąc po przeciwnej stronie barykady i mając na karku zaborczego mongolskiego generała, który nie wie, co to litość.

Tragiczny trójkąt romantyczny na tle krwawej wojny? Nie, krwawa wojna na tle tragicznej miłości trojga ludzi. Jakkolwiek nie brzmiałby wstęp, fabuła skupia się większym stopniu na misji Moon Bina niż na miłosnych dylematach, stanowiących co prawda integralną częścią historii, ale nie wysuwających się jednak na pierwszy plan zbyt często.

Tak, Moon Bin ma do wykonania konkretne zadanie i na szczęście nie sprowadzono go do przeszłości, żeby pomachał sobie efektownie mieczem w jednej czy dwóch bitwach i zadowolony wrócił do domu. Autorka starannie wszystko zaplanowała i nawet udało jej się uniknąć denerwujących schematów. Co do motywów i przeznaczenia, czekającego na protagonistę, niespodzianek raczej nie będzie – trzeba za wszelką cenę pokonać wrogiego generała. Ale dlaczego? No, tu możecie być zaskoczeni, nie musicie, ale możecie. Intryga jest i posuwa się do przodu względnie zgodnie z wydarzeniami historycznymi, zmieniając je to tu, to tam, w zależności od potrzeb. Tak, warto wspomnieć, że Mi Young Noh całkiem zgrabnie zgrała fabułę z faktami, nie ograniczając się jedynie do pojedynczych haseł, którymi mogłaby dowolnie żonglować. Gwoli ścisłości – akcja została umiejscowiona w pierwszej połowie XIII wieku, gdy Mongołowie zabrali się za podbój ziem koreańskich. Co tu dużo pisać, były to czasy krwawych i częstych walk, więc tych dostaniemy całkiem sporo (ale uprzednio planowanych i dobrze uzasadnionych – brawo, mamy tu strategię!). Bardzo dobrze oddano okrutne realia wojen, bez jakiegokolwiek słodzenia i taryfy ulgowej. Powstrzymano się również przed wielkim przesłaniem z cyklu „wojna jest zła” i dzięki temu czytelnik nie poczuje się, jakby ktoś walił go łopatą po głowie. A w całym tym piekle swoje miejsce powoli odnajduje współczesny nastolatek, który z czasem odkrywa, o co tak naprawdę chodzi i co musi zrobić. Jego wędrówka (ta dosłowna i w przenośni), delikatnie mówiąc, nie jest łatwa i nie polega na ekspresowym awansie na wodza armii i kolejnych starciach ze znienawidzonym generałem. Zamiast tego dostajemy może nie tak ekscytującą, ale na pewno ciekawą i bardziej wiarygodną tułaczkę do celu, którą okazjonalnie ubarwią zbiegi okoliczności i chwile oddechu.

Nie do końca to jednak będzie wyglądać tak, jak zapewne większość czytelników się spodziewa. Nie gnamy do przodu na złamanie karku, ale nie brniemy też po kolana w mule, poruszamy się też kamienistą, ale wyjątkowo malowniczą drogą. Szlak ten nie jest może szczególnie kręty pod względem liczby kolejnych sekretów i kolejnych warstw fabuły, ale wypada zdecydowanie lepiej niż typowa rąbanka, gdzie lecą nóżki, rączki i przeróżne organy, a bohater gna biegiem na szczyt, nie zastanawiają się zbytnio, po co (poza chęcią bycia najsilniejszym i opcjonalnie żądzą władzy). Sama atmosfera jest mało przyjemna, dzieje się wiele złego i brakuje tu lżejszych scen (nie mówię o komedii, ale nieprzygnębiające epizody można policzyć na palcach jednej ręki), ale jednocześnie poziom tragizmu utrzymuje się na równym i nieprzekraczającym zdrowej normy poziomie. Miło też, że autorka zrezygnowała z elementów nadprzyrodzonych, które raczej popsułyby odbiór całości. Wreszcie sam wątek romantyczny utrzymano w ogólnym klimacie panującym na kartach manhwy, więc można się spodziewać sporej ilości cytryny i piołunu. Cukru brak. Infantylizm uciekł, gdzie pieprz rośnie, a wszystko determinuje krwawy konflikt i jego następstwa. Trudno tu też mówić o wielkiej i namiętnej miłości – bardziej w grę wchodzi zauroczenie, a po drugiej stronie przywiązanie i chęć posiadania, niż czyste i niewinne uczucie. Podobnie jak cała reszta, romans nie popada w skrajność i nie zamienia się w niezamierzoną parodię.

Mi Young Noh bardzo dokładnie przemaglowała swoich bohaterów, rzucając ich na głęboką wodę i nie podsuwając jakiegokolwiek koła ratunkowego. Na szczęście wszyscy oni umieją pływać i raz lepiej, raz gorzej, ale ostatecznie utrzymują się na powierzchni. Moon Bin (czy teraz Sa Kyoung) stanowi miły przykład postaci, która wrzucona w zupełnie obce mu środowisko nie traci głowy i mimo zagubienia dość szybko odnajduje się nowej sytuacji. Owszem, brak doświadczenia, umiarkowana porywczość i pewna naiwność (uzasadniona, biorąc pod uwagę okoliczności) stanowią spory problem, ale przecież nikt nie jest idealny. Chłopak popełnia sporo błędów, ale potrafi wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski i mimo że jest wyraźnie gorącokrwisty, potrafi myśleć i wycofać się, gdy uzna, że wymaga tego sytuacja. Trudno może powiedzieć, że jest sympatyczny (słowo to w odniesieniu również do pozostałych bardzo nie pasuje), ale biorąc pod uwagę, ile przeszedł, mimo to zachowując spore pokłady człowieczeństwa, zdecydowanie zasługuje na uznanie, którego godne są również wytrwałość i upór, z jakimi dąży do wyznaczonego mu celu. Nie próbuje dla zasady walczyć z nieuniknionym, zwłaszcza że wyraźnie widać, iż nie ma innej drogi jak tak, którą zgotował mu los.

Dobrze wykreowano również Atan Hadas. Młoda, utalentowana i niesamowicie uparta księżniczka ani myśli siedzieć bezczynnie w domu, wychodzić za mąż i rodzić kolejne dzieci władcy. Ma ambicje i zdolności, stara się je wykorzystać w każdy możliwy sposób, ale mimo to jest tylko pojedynczą kobietą w cywilizacji zdominowanej przez mężczyzn. Nawet w chwilach bezsilności jest w stanie zachować godność i okazuje się na tyle inteligentną osobą, iż mimo porywów serca umie zachować zdrowy rozsądek i kiedy znajdzie się na przegranej pozycji, wykorzystać wszystkie możliwe środki, by jakoś wyjść z kłopotów. Atan również zdarzają się błędy wynikające z naiwności, a zderzenie z wojenną rzeczywistością na początku trochę ją przerasta, ale potem jest jednak lepiej.

Zarówno Moon Bina, jak i jego „wybrankę”, trudno zakwalifikować do bohaterów jednoznacznie pozytywnych. Podział ten nie sprawdza się też w odniesieniu do wielu innych postaci. Bardziej chodzi o to, czyje motywy i przekonania wydadzą się bardziej słuszne, gdyż każde z nich prędzej czy później będzie miało czyjąś krew na swoich rękach, ponieważ na wojnie naiwni idealiści­‑pacyfiści giną przy pierwszy bliższym spotkaniu z ostrzem wroga. Zdawałoby się, że o wiele łatwiej ocenić mongolskiego generała, Sali Taya, ale w jego przypadku sprawa również nie jest taka do końca oczywista. Owszem, bez wątpienia wpisuje się wzorowo w rolę antagonisty, ale nie jest płaską kartką papieru. Początek może bardzo łatwo nastawić do niego negatywnie, ale choć z biegiem czasu niewiele się zmienia, dostajemy przynajmniej odpowiedź na to, czemu ma akurat taki charakter, dobrze w pewnym momencie podsumowany przez jedną z postaci. Sali Tayi to przede wszystkim wojownik – bezwzględny, żądny krwi i niesamowicie wyrachowany. Szaleńcza odwaga i lekkomyślność? O nie, bohaterstwo jest przereklamowane i robimy wszystko, żeby przetrwać i dopiąć swego. Nie przebiera on w środkach i konsekwentnie dąży do celu. Ma kilka słabości i łatwo się domyśleć, co się do nich zalicza, ale mimo tego i kilku podrzuconych retrospekcji, autorka nie stara się robić z niego ofiary czy nieudacznika, a jedynie dodaje mu odrobinę człowieczeństwa, które czasem wynurza się z odmętów okrucieństwa. W dodatku sam zdaje sobie sprawę z tego, jakim jest człowiekiem i mimo wszechobecnej brutalności, jego charakter zarysowano bardzo subtelnie. Czy Sali Tayi wzbudzi przez to jakiegokolwiek pozytywne odczucia? Trudno powiedzieć.

Jak wypada w tym zestawieniu reszta? Może odrobinę bladziej, ale to wyłącznie z braku czasu na dokładne przedstawienie wszystkich biorących udział w historii. Czy są jednoznaczni? Najwyżej niektórzy, poszczególne wyjątki, ale zarówno drugoplanowi bohaterowie, jak i zwyczajni statyści są na swoim miejscu i nie ma się wrażenia, że wepchnięto kogoś na siłę. Rozbudowane charaktery? Nie, nie, ale na pewno brak sztuczności.

Kreska nie jest ani wybitnie charakterystyczna, ani eksperymentalna, mało jednak przypomina tę znaną z większości koreańskich komiksów (może dlatego, że większość tych popularniejszych to jednak shoujo), a bliżej jej do chociażby The Breaker. Warsztat Mi Young Noh to zdecydowanie przykład dobrego seinena: nieco mniej umowny, starający się zachować chociaż odrobinę realizmu. Realistyczna i poprawna anatomia to na pewno plus (zwłaszcza brak wygładzonych i patykowatych ciał, które zastępują normalni umięśnieni mężczyźni, faktycznie mogący iść na wojnę) podobnie surowy, odrobinę ostrzejszy, ale nie szkicowy styl. Kontur jest wyraźny, ale nieprzesadnie gruby. Autorka sporo uwagi poświęciła strojom, mimo prostoty (w końcu to nie barok…) mających odpowiednią ilość fałd i wyraźne cieniowanie. Równie dokładnie wykonane zostały tła, na które składają zarówno stepy i lasy, jak i wnętrza, od pałaców po wiejskie chaty – wszystkie ze sporą liczbą detali, ale jednocześnie nadal czytelne. Rastrów jest bardzo mało i pojawiają się głównie na ubraniach. Sporo tu scen batalistycznych, pojedynków – bardzo dynamicznych i z dobrą choreografią, która nie ogranicza się do kilku zamaszystych cięć i tzw. „kresek dynamiczności” (choć są one obecne, bo jakoś ten ruch pokazać trzeba). Ponieważ jest to historia wojenna, trzeba się przygotować na sporą ilość przemocy, nie tej przerysowanej „ręka, noga, mózg na ścianie”, ale ofiar jest dużo i widać jak giną, więc krew się leje.

Sal­‑Le­‑Top, szerzej znane jako Threads of Time, jest debiutem i jak do tej pory jedyną pracą Mi Young Noh. Autorka wzięła na warsztat znany motyw i przekuła go w ciekawą i przede wszystkim spójną historię. Zagłębiamy się w trudne i okrutne czasy wojen mongolsko­‑koreańskich sprzed prawie ośmiuset lat. Fabuła rozwija się w tempie umiarkowanym i choć początek nie wygląda zachęcająco, zapewniam, że dalej jest tylko lepiej i ostatecznie docieramy wraz z bohaterem do zadowalającej i co najważniejsze przekonującej konkluzji, która jest nieco zakręcona, ale ma ręce i nogi. Poziom dramatyzmu pozostaje dość wysoki, jednak nie przekracza granic przyzwoitości i nie sprawia wrażenia wepchanego do scenariusza na siłę. Brak tu również denerwujących schematów, bezsensownych komediowych przerywników i zbędnego fanserwisu. Lubicie poważne, interesujące historie, dobrze osadzone w starannie zaprojektowanych i wiarygodnych realiach, w których nie trzeba odwoływać się do tandetnej magii w celu zalepienia dziur fabularnych? Macie dość patetycznych przemówień i wielkich bitew, w których bohater wygrywa dzięki woli scenarzystów, a odwaga głupca jest więcej warta niż strategia, podstęp czy zdrowy rozsądek? A może macie ochotę na drugoplanowy, ale pozbawiony lukru i w miarę znośny wątek romantyczny? Jeśli tak, to macie szansę docenić tę manhwę.

Enevi, 27 lutego 2012

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Daiwon Culture Industry
Autor: Mi Young Noh