Szanuję wypowiedź przedmówcy, jednak ta manga ma kilka bardzo poważnych wad. Po pierwsze fabułę – i nie chodzi mi o to, kto z kim skończy, bo to było oczywiste od początku kliknij: ukryte (choć w pewnej chwili łudziłem się, że po poznaniu Asuki się to zmieni), ale o to, jak zostało to rozwiązane. Nie chce mi się rozpisywać o detalach, jednak taka Suzuka np. miała znacznie lepiej poprowadzoną historię i duuużo mniej kombinowania. Druga wada to postaci. Oczywiście, btjt pozostaje btjt, ale do zestawu autor dorzuca jeszcze kilka faktycznie ciekawych postaci i mogę się jedynie dziwić, że manga skręciła w taką stronę, a nie inną. Było dobrze, jest średnio. Oby tylko ten tytuł nie podzielił losu Bleach'a…
Altramertes
3.02.2011 19:07 Według mnie w miare dojrzała opowieść
Komentarz do recenzji "Suzuka"
Będzie krótko, choć chciałbym powiedzieć wiele. Od strony technicznej Suzuka jest wykonana niezwykle starannie i pieczołowicie, choć muszę przyznać rację fm'owi – szału nie ma. Nie zmienia to jednak faktu, że patrzy się na ten tytuł niezwykle przyjemnie. Nie zauważyłem „pustych” paneli których pełno w wielu współcześnie wydawanych seriach, postaci są zaprojektowane pieczołowicie, choć z wyraźną idealizacją. Tła pozostają cały czas zróżnicowane, co się chwali, jako że przez większość czasu bohaterowie pozostaje w obrębie kilku zaledwie lokacji. Sami bohaterowie nie są zbyt oryginalni, co nie zmienia faktu, że dość sprawnie ich poprowadzono. Yamato zachowuje się jak nieodpowiedzialny dureń, ale przeważnie nie było źle. Poza tym imponował mi upór z jakim gonił za Suzuką (nieco sztuczny, ale co tam). poza tym chłopaczyna, jak na całkiem zielonego, całkiem sprawnie sobie radził w miłosnych podbojach. Natomiast co do głównej bohaterki… She's da b… Poważnie jednak, nie jest tsundere, co samo przez się się chwali (za dużo ostatnio naoglądałem się takich panienek). Fakt, jest momentami naprawdę uparta, wręcz nieznośna, ale mimo wszystko polubiłem ją bez najmniejszego problemu. A jej zachowanie w ostatnich (około) 50 rozdziałach wydawało mi się… ludzkie, tak po prostu. Co prawda piszę z perspektywy osoby z bardzo nikłym doświadczeniem w kwestii mangowych romansów, ale chyba nie mijam się strasznie z prawdą. Fabuła natomiast daje się bardzo wyraźnie podzielić na dwa fragmenty: pierwszy, kliknij: ukryte do momentu pierwszego „zejścia się” Yamato i Suzuki i drugi, czyli kliknij: ukryte już po zerwaniu. Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony rozwojem historii, nietypowym dla romansów shounen'owych. Mówcie co chcecie, ale ostatnie rozdziały, mimo pewnego „upiększenia”, stanowią dość realistyczne podejście do tematów kliknij: ukryte ciąży w liceum i późniejszego radzenia sobie z ta sytuacją, łącznie z reakcja rodzin i otoczenia. Dlatego uważam, że autorowi należą się brawa, jako że przecież mógł poprowadzić to jak typowe, do bólu schematyczne romansidło. Podsumowując, bardzo dobry tytuł, zdecydowanie wart przeczytania. P.S. Przepraszam za rozgadanie się
Trzeba przyznać, że w wypadku tej konkretnej serii anime poszło u mnie na pierwszy ogień. Było świetne i bardzo niewiele brakowało mu do 10. Manga również jest doskonała, choć wrażenie realizmu, nie wiem czemu, było nieco mniejsze niż podczas oglądania serii TV. Bardzo ucieszyło mnie ukończenie wątku kliknij: ukryte Ogiue i Kanji'ego, czego ewidentnie brakowało w anime. A tak poza tym niewiele jest tytułów tak bardzo realistycznych a zarazem wciągających – na wszystkich polach: uczuć, środowiska szkolnego i szukania pracy. Brakuje mi właśnie takich, dopracowanych serii które utrzymują równy poziom, bądź z czasem stają się coraz lepsze i dojrzalsze. P.S. Właśnie dla takich perełek warto zanurzyć się w świat mangi i anime, nie sądzicie?
Czy mógłbym prosić moderację, bądź kogoś kompetentnego w tej kwestii, aby oznacznik shoujo‑ai/yuri został z tego tytułu usunięty? Polegałem na jednym z portali i niestety nieco się zagalopowałem, nie sprawdzając uprzednio zawartości. Jeszcze raz przepraszam za wprowadzenie w błąd.
Zdecydowanie nieszablonowy tytuł, o ciekawej tematyce i jeszcze ciekawszych postaciach. Zdecydowanie wart przeczytania i (zabijcie mnie, ale to powiem) pokazania rodzicom i znajomym, ze manga to nie „komiksy dla dzieci”. Osobną kwestią jest porównanie do „Zbrodni i Kary”, skądinąd niezwykle trafne. Główny bohater przypomina Rodiona w jego podejściu do ludzi i filozofii życia, ale chyba najciekawszą postacią była Kitahara. Jej motywacja była silna i w pewnym sensie zrozumiała, a mimo to nie do końca udało mi się ją rozgryźć. To w sumie tyle jeśli chodzi o komentarz, ale tak szczerze mówiąc, to ciekawe czy wyżej wymienione dzieło Dostojewskiego nie byłoby ciekawsze w formie artystycznej, jaką jest manga…
Ten tytuł był ze mną od początku mojej przygody ze światem mangi i anime. Zdecydowanie bardzo dobry, o ciekawej, wciągającej fabule, żywych i dających się szybko polubić postaciach oraz nie najgorszej kresce. Na pewno warto go przeczytać, a ja z pewnością będę go dobrze wspominał. I tylko troszkę mi szkoda, bo czuję się tak, jakby odszedł jeden ze starych przyjaciół. W imieniu swoim i innych: dziękuje pani Hiromu.
Już koniec? Nie ma więcej? Nic… Zdecydowanie najpiękniejsza opowieść jaką kiedykolwiek miałem okazję przeczytać. Wspaniali, żywi bohaterowie z którymi spędziłem niezapomniane chwile. Prosta, a jednocześnie niezwykle ujmująca historia, łagodnie prowadząca do pięknego zakończenia. Wspaniała grafika z zapierającymi dech w piersiach pejzażami i doskonale zaprojektowanymi postaciami (za każdym razem kiedy Akari się uśmiechała nogi się pode mną uginały…). Krótko mówiąc: dzieło w którym nie można się nie zakochać i nad którym nie sposób nie uronić łzy, gdy nadchodzi świadomość, że to już koniec. Niech ktoś to u nas przetłumaczy!
Szczerze mówiąc nie spodziewałem się ujrzeć tutaj tego tytułu. Co więcej dziwi mnie fakt, iż redakcja go zaakceptowała. Oczywiście mogę się mylić, ale jeśli mnie pamięć nie zawodzi to ta konkretna pozycja jest autorstwa Elisabetty Gnoneo która jest Włoszką. Nie sprawdzono więc autorki – to pierwszy błąd. Drugi, raczej poważniejszy jest taki, że Haruko Iida tylko ilustrowała historię, nie była jej kreatorką. Moje pytanie brzmi: jakie są kryteria do uznania czegoś za mangę, a czego nie? Czy wystarczy, że w powstawaniu tytułu, w ten czy inny sposób, brał udział Japończyk\Japonka? I nie jestem tu bynajmniej złośliwy, po prostu zależy mi na ustaleniu jakichś jasnych zasad.
Słowa nie wyrażą jak piękny i ważny jest dla mnie ten tytuł. Mogę pisać o nim jedynie w superlatywach, choć gdybym się uparł, na pewno znalazłbym coś, do czego można się przyczepić. Przepiękna grafika, świetnie zaprojektowane postaci na czele z samą Akari, no i oczywiście scenerie niczym z bajki. Natomiast historia… nie jest przepełniona akcją czy jakimś wydumanym dramatem. Po prostu jest, jak i samo życie, które ukazuje od najjaśniejszej strony. Zdecydowanie polecam, choć fakt, że niektórzy mogą się nudzić.
Altramertes
31.05.2010 09:34 Nic wybitnego, ale...
Komentarz do recenzji "Ga-Rei"
Ga‑Rei zdecydowanie nie należy do mang dobrych. Kreska taka sobie, projekty postaci niczym się nie wyróżniają, a historia jest nieco naciągana i szczerze mówiąc mało ciekawa. Co ciekawe, najjaśniejszym punktem tej mangi jest anime które powstało na jej podstawie (a w zasadzie stanowi preludium wydarzeń oryginalnej historii). Czy zatem warto? Zależy, szanse dać można, ale czy zachwyci, tego nie obiecuje.
Komentarz do recenzji "Kannagi: Crazy Shrine Maidens"
Mangę Kannagi zacząłem czytać stosunkowo niedawno, bo wczoraj, co daje jakiś miesiąc przerwy w stosunku do serii anime, która poszła na pierwszy ogień. Jakie są więc wrażenia po konfrontacji oryginału i ekranizacji? Cóż, jak najbardziej pozytywne. Dobra, dopracowana kreska, choć z kulejącym przedstawieniem „teatru działań”, zabawne postaci i ciekawa, choć niezbyt oryginalna historia. Na pewno cała seria nie jest pozbawiona pewnego uroku i ciepła, co daje jej duże szanse na przypodobanie się potencjalnym czytelnikom. Schematy kują w oczy, to prawda, ale nie ma to większego znaczenia, skoro finalny produkt jest wysokiej jakości. I gdy tak skończyłem czytać dostępne jak na tę chwilę rozdziały naszła mnie myśl, w dużej mierze tycząca się anime (ogólnie jako gatunku) i mangi: dlaczego u nas nikt nic takiego nie robi? Przecież jak pokazuje przykład Japonii, czy USA rynek „bajek dla dzieci” to żyła złota. Jesteśmy aż tak biedni, że nie stać nas nawet na kilof? Podsumowując, seria warta przeczytania, choć absolutnie nie wybitna. Polecam i życzę jak najszybszego powrotu do zdrowa pani Takenashi Eri, autorce.
Niekoniecznie warto
Według mnie w miare dojrzała opowieść
Od strony technicznej Suzuka jest wykonana niezwykle starannie i pieczołowicie, choć muszę przyznać rację fm'owi – szału nie ma. Nie zmienia to jednak faktu, że patrzy się na ten tytuł niezwykle przyjemnie. Nie zauważyłem „pustych” paneli których pełno w wielu współcześnie wydawanych seriach, postaci są zaprojektowane pieczołowicie, choć z wyraźną idealizacją. Tła pozostają cały czas zróżnicowane, co się chwali, jako że przez większość czasu bohaterowie pozostaje w obrębie kilku zaledwie lokacji.
Sami bohaterowie nie są zbyt oryginalni, co nie zmienia faktu, że dość sprawnie ich poprowadzono. Yamato zachowuje się jak nieodpowiedzialny dureń, ale przeważnie nie było źle. Poza tym imponował mi upór z jakim gonił za Suzuką (nieco sztuczny, ale co tam). poza tym chłopaczyna, jak na całkiem zielonego, całkiem sprawnie sobie radził w miłosnych podbojach. Natomiast co do głównej bohaterki… She's da b… Poważnie jednak, nie jest tsundere, co samo przez się się chwali (za dużo ostatnio naoglądałem się takich panienek). Fakt, jest momentami naprawdę uparta, wręcz nieznośna, ale mimo wszystko polubiłem ją bez najmniejszego problemu. A jej zachowanie w ostatnich (około) 50 rozdziałach wydawało mi się… ludzkie, tak po prostu. Co prawda piszę z perspektywy osoby z bardzo nikłym doświadczeniem w kwestii mangowych romansów, ale chyba nie mijam się strasznie z prawdą.
Fabuła natomiast daje się bardzo wyraźnie podzielić na dwa fragmenty: pierwszy, kliknij: ukryte do momentu pierwszego „zejścia się” Yamato i Suzuki i drugi, czyli kliknij: ukryte już po zerwaniu. Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony rozwojem historii, nietypowym dla romansów shounen'owych. Mówcie co chcecie, ale ostatnie rozdziały, mimo pewnego „upiększenia”, stanowią dość realistyczne podejście do tematów kliknij: ukryte ciąży w liceum i późniejszego radzenia sobie z ta sytuacją, łącznie z reakcja rodzin i otoczenia. Dlatego uważam, że autorowi należą się brawa, jako że przecież mógł poprowadzić to jak typowe, do bólu schematyczne romansidło.
Podsumowując, bardzo dobry tytuł, zdecydowanie wart przeczytania.
P.S. Przepraszam za rozgadanie się
Bardzo dobry tytul
P.S. Właśnie dla takich perełek warto zanurzyć się w świat mangi i anime, nie sądzicie?
Przepraszam za błąd
Oryginalne
Osobną kwestią jest porównanie do „Zbrodni i Kary”, skądinąd niezwykle trafne. Główny bohater przypomina Rodiona w jego podejściu do ludzi i filozofii życia, ale chyba najciekawszą postacią była Kitahara. Jej motywacja była silna i w pewnym sensie zrozumiała, a mimo to nie do końca udało mi się ją rozgryźć.
To w sumie tyle jeśli chodzi o komentarz, ale tak szczerze mówiąc, to ciekawe czy wyżej wymienione dzieło Dostojewskiego nie byłoby ciekawsze w formie artystycznej, jaką jest manga…
I już...
Nie mogę...
Małe fo pa
Absolutnie genialne!
Nic wybitnego, ale...
Mała refleksja
Podsumowując, seria warta przeczytania, choć absolutnie nie wybitna. Polecam i życzę jak najszybszego powrotu do zdrowa pani Takenashi Eri, autorce.