Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 kreska: 9/10
fabuła: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 12
Średnia: 7,58
σ=0,76

Wylosuj ponownieTop 10

Kanojo o Mamoru 51 no Houhou

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2006-2007
Liczba tomów: 5
Tytuły alternatywne:
  • 51 Ways to Protect Her
  • Tokyo Inferno
  • 彼女を守る51の方法
Gatunki: Dramat
Widownia: Seinen; Rating: Przemoc, Seks; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność

Iloma sposobami można „ją” uratować, gdyby współczesne Tokio nawiedziło potężne trzęsienie ziemi? Warto się przekonać samemu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Shizuka

Recenzja / Opis

Zastanawiałeś się kiedyś, co byś zrobił w ekstremalnej sytuacji? Czy ryzykując własne życie ratowałbyś innych, czy też ze zrezygnowaniem czekałbyś na „koniec”. A może, za wszelką cenę próbowałbyś się uratować lub nawet skorzystać z nieszczęścia innych. Cokolwiek byś o sobie nie myślał i tak będą to tylko puste stwierdzenia, których nie sposób zweryfikować… a przynajmniej do czasu. Nieprzypadkowo masowe nieszczęścia stanowią swego rodzaju wzmacniacz i polaryzator osobowości, gdyż wyłuskują z człowieka to, czego ten może u siebie nie podejrzewać. Tylko że nawet największe bohaterstwo w końcu musi ustąpić rzeczywistości w sytuacji, gdy piekło zdaje się nie mieć granic…

Jin był kolejnym przeciętnym młodzieńcem poszukującym w Tokio dobrej pracy, dobrej żony i dobrych dzieci. Zanim jednak zdołał osiągnąć którykolwiek z tych celów, spotkał gothic lolitę, która wypowiedziała zaklęcie zniszczenia i na Ziemi rozpętało się piekło. A dokładniej w Tokio, w postaci największego w historii trzęsienia ziemi, z którym oczywiście zaklęcie zniszczenia (zapożyczone zresztą z Laputy) nie miało nic wspólnego. Natomiast samą GothLoli okazała się koleżanka Jina z gimnazjum (Nanako), która przez całe życie była prześladowana i wykorzystywana. I kiedy pierwsze, niszczycielskie wstrząsy ustały, rozpoczęła się walka milionów oraz tych dwojga o życie.

Kanojo o Mamoru 51 no Houhou, czyli „51 sposobów na uratowanie jej”, jest dość specyficzną mieszanką, o czym świadczy już sam tytuł bardziej pasujący do treści opierającej się na humorze i dowcipie (oczami wyobraźni wręcz widzę te kilkadziesiąt humoresek, w których on ratuje ją w najróżniejszych, a zabawnych sytuacjach). A numeracja rozdziałów, nazwanych dosłownie „randkami”? Kto, w na wskroś poważnym dziele, rozdział zawierający dość makabryczne sceny ze spadającymi z nieba spopielonymi ludzkimi zwłokami nazwałby „Randką 19­‑stą”? Oczywiście Furuya nie mógł poprzestać wyłącznie na nazwach, bo wyszłaby nieprzystająca do treści groteska. Tak więc i w samej mandze można wyróżnić parę podstawowych, wzajemnie się przenikających planów. Sama katastrofa została ukazana całkiem realistycznie, z uwzględnieniem wszelkich zjawisk towarzyszących zarówno trzęsieniu ziemi, jak i indywidualnych oraz społecznych zachowań. Widać że autor naprawdę rzetelnie podszedł do tematu „co by było, gdyby współczesne Tokio nawiedziło potężne trzęsienie ziemi”, nie stroniąc od drastycznych scen, ale i nie epatując nimi. Mimo wszystko uchowały się pewne mankamenty, być może niezbędne dla tego typu historii – otóż poszczególne nieszczęścia nachodzą bohaterów rządkiem, jedno po drugim, praktycznie nigdy nie występując jednocześnie w większej ilości. Wszystko jest tu porcjowane tak, by kłód rzucanych pod nogi nie zabrakło do samego końca, a przy tym kłody raz rzucone nie wykorzystywano po raz kolejny. Tu nie trzeba mieć nosa – gdy jest za spokojnie, to wiadomo, że coś się szykuje. Na tym katastroficzno­‑realistycznym planie rozgrywa się trochę mniejszy, lecz nie mniej ważny, obyczajowo­‑romantyczny. Tak więc momentami autor (a z nim bohaterowie) jakby zupełnie zapominał o trzęsieniu ziemi, skupiając się na ewolucji relacji między Jinem a Nanako. Niejednokrotnie ukazana ona zostaje w postaci humorystycznych scen, jak problemy moczowo­‑toaletowe, zazdrości, czy też znane większości fragmenty z cyklu „A gdzie pocałunek?” albo „Jesteście razem?”. Ta dwójka na swej drodze napotyka najróżniejszych ludzi, co czasem prowadzi do absurdalnych sytuacji (wybitnie mi się te absurdy nie podobały), jak wspólne śpiewanie przy przekraczaniu grożącego zawaleniem słynnego „Tęczowego Mostu”.

Furuya, balansując między dramatem a komedią obyczajową, stworzył coś, co powinno być przystępne dla szerokiego grona czytelników, gdyż jest tu zarówno trochę z shounena, jak i z shoujo. Jednak niewątpliwie odbiło się to w pewien sposób na fabule, miejscami celowo przedramatyzowanej, gdzie indziej zaś przekolorowanej. W jednej chwili potrafiła przenieść czytelnika z dość sielskiego nastroju w dramat pełną gębą. Poza tym wiele wątków „rozwiązuje się samych”, korzystając z raczej mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, kilku absurdów, no i porcji stereotypowych rozwiązań. Autor nadrabia jednak w innych aspektach, a jednym z nich jest zmienna narracja. Otóż oprócz pokazywania wydarzeń z punktu widzenia biorących w nich udział postaci pojawia się również klasyczny narrator (znany w dziełach Furuyi choćby z Muzyki Marii), który wprowadza czytelnika w wydarzenia, czasem pełniąc funkcję informacyjną, gdy tłumaczy przyczyny zachodzących zjawisk. Jednocześnie wprowadza też dystans do przedstawionych wydarzeń, trzymając tym samym całą tę tragedię w ryzach.

Kanojo o Mamoru 51 no Houhou umiejętnie balansuje między tragedią a komedią. Umiejętnie, bo całość jest jak najbardziej strawna. Para głównych bohaterów (Jin oraz Nanako) jest jak najbardziej przeciętna, co nie oznacza jednak, że została ukazana zgrubnie. Wraz z przeczytanymi stronami coraz głębiej ich poznajemy, w czym wyraźnie pomagają ekstremalne sytuacje, w jakich się znajdują. Furuya nie szczędził analizy ludzkich zachowań w sytuacjach totalnego zagrożenia, kiedy burzą się wszelkie schematy i relacje dnia codziennego. Z jednej strony zobaczymy totalną niemoc jednostki – nie sposób w pojedynkę uratować tysięcy uwięzionych w ruinach Tokio, a przy tym równie łatwo samemu stać się ofiarą. Jin nie potrafi się pogodzić z sytuacją, w której obok niego giną ludzie, a on nic nie potrafi zrobić. Dlatego deską ratunku dla jego zdrowia psychicznego staje się, początkowo zupełnie bezradna i nieprzystosowana do życia, Nanako, którą ten postanawia za wszelką cenę chronić. Choć i tu nie obyło się bez zabawnej sceny – z „dziadkiem” w roli głównej, który dość bezpośrednio musiał mu to wtłoczyć do głowy. Tak oto niedoszły pracownik biurowy staje się małym bohaterem. Przy nim Nanako, mimo iż świetnie opanowała rolę GothLoli, wcale nie jest wyciągniętą z dowcipów blondynką (chociaż właśnie takie ma włosy). Z czasem i pokonanymi przeciwnościami, z nieporadnej zmienia się w coraz silniejszą, stając się całkiem ciekawą postacią. Furuya jednak nie pozwolił swoim bohaterom na nieustanne życie dramatem, nawet jeśli ciągle znajdowali się w „piekle”. Od czasu do czasu znajdziemy więc „przerywniki”, kiedy to bohaterowie prowadzą luźne rozmowy, wracają myślą do przeszłości albo, mimo iż trochę nieświadomie, flirtują ze sobą. Tę bardziej uczuciową stronę mangi poznamy przede wszystkim za sprawą Nanako oraz Riki. Ta druga po pewnym czasie dołącza do naszej dwójki, po czym wspólnie pokonują kolejne przeszkody. A to, że jest dość wyzywającą, atrakcyjną i bezpośrednią dziewczyną, przez co stała się powodem zazdrości Nanako, z pewnością uatrakcyjnia tę stronę mangi.

Na początku wspominałem o wzmacniaczu osobowości. Nie bez powodu. Furuya przedstawia nam prawie całe spektrum możliwych zachowań poszczególnych ludzi. Są więc bohaterowie, którzy – ryzykując życiem – pomagają i ratują innych. Są ludzie, którzy przede wszystkim próbują ratować siebie albo czują się zupełnie przytłoczeni katastrofą. Są przywódcy, którzy pokierują innymi oraz ci, którzy w grupie odzyskują odwagę i pewność siebie. Nie brakuje też „szakali”, dla których trzęsienie ziemi staje się okazją do łatwego oszukania ludzi (często młodych dziewcząt) i wzbogacenia się. Co ciekawe, autor często bezpośrednio wiązał prezentowany typ zachowań z wyglądem zewnętrznym, przy czym ten ostatni najczęściej jest mylący. Gitarzysta mrocznej kapeli o wizerunku w stylu Kiss – Chaos, okazuje się miłym i przyjaznym młodzieńcem. Groźnie wyglądający czarnoskóry o posturze Shaqua O’Neila dowodzi grupą samopomocy, zdobywając jedzenie z narażeniem własnego zdrowia. Natomiast zadbani i przystojni mężczyźni oferujący pomoc młodym dziewczętom to…

Wygląd ludzi nie determinuje ich osobowości, ale w komiksie rysunek jest bardzo istotnym elementem, a w Kanojo o Mamoru 51 no Houhou wypada on bardzo dobrze. Widać ciągłe postępy w pracach Furuyi. Trzy lata po ukończeniu Muzyki Marie postaci, które wyszły spod jego ręki, wyglądają zupełnie inaczej – straciły swój uproszczony i trochę naiwny, choć czasem urokliwy, charakter. Wprawdzie dużo bardziej przypominają mangową normę (co wcale nie jest specjalnym komplementem), ale przed takim ich określeniem bronią się w innych kategoriach. Przede wszystkim wyróżniają się bardzo bogatą mimiką zaczerpniętą z rzeczywistości – samych min zdziwienia, przestrachu i przerażenia można wyróżnić przynajmniej kilkadziesiąt. Nie mniej urozmaicone i żywe są gesty, postawy oraz ruchy postaci. Myślę, że to jeden z największych atutów mangi. Następną wielką zaletą są sceny z szerszego planu oraz krajobrazy – wszystko jest w nich bardzo starannie i dokładnie odwzorowane, nawet postaciom z drugiego czy wręcz trzeciego planu autor poświęcił czas, by stworzyć coś więcej niż tylko ich kontur (choćby w ujęciu było ich kilkadziesiąt). Graficznie to na pewno jeden z ciekawszych tytułów, mimo iż czasem pojawiały się jakże mnie irytujące ogromne łzy, którym kształtem i zachowaniem bliżej do wody w stanie wolnym na bezgrawitacyjnych statkach kosmicznych niż do łez. Warto jeszcze wspomnieć, że Furuya wykorzystywał wszelkie nadarzające się okazje do wprowadzenia, jakby niechcący, „humoru graficznego” – na przykład gdy bohaterowie przypadkiem znaleźli się w muzeum figur woskowych.

Kanojo o Mamoru 51 no Houhou jest ciekawym tytułem, który spodobać się może zarówno miłośnikom akcji, wątków obyczajowych, jak i „czegoś troszeczkę więcej”. Piszę „troszeczkę”, ponieważ tytuł ten mimo wszystko odstaje od jego najlepszych dzieł (np. Muzyki Marie). Zapewne jest to po części spowodowane tym, że Furuya nie stworzył tej historii od zera, gdyż stanowi ona adaptację powieści Minoru Watanabe. Z drugiej jednak strony autor mangi przecież sam wybrał takie ograniczenie. Mimo to tytuł i tak posiada wiele zalet, które z nawiązką rekompensują jego wady. Polecam.

SixTonBudgie, 31 sierpnia 2010

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Shinchosha
Autor: Usamaru Furuya