Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 2/10 kreska: 4/10
fabuła: 1/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

3/10
Głosów: 10
Średnia: 2,7
σ=1,42

Wylosuj ponownieTop 10

Anata o Wasuretai

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2008
Liczba tomów: 1
Tytuły alternatywne:
  • Heartbreaker
  • あなたを忘れたい
Gatunki: Romans
Widownia: Josei; Rating: Nagość, Seks; Miejsce: Ameryka; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Trójkąt romantyczny

Klasyczny, amerykański harlequin w japońskim wydaniu. Jest różowo, dramatycznie i bardzo tandetnie. Słuszna ilość lukru gwarantowana!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Terry nie miała zbyt szczęśliwego dzieciństwa – nieodpowiedzialny tatuś odszedł w siną dal, a mama wkrótce potem umarła. Biedna dziewuszka tułałaby się po sierocińcach, gdyby nie wspaniałomyślny były pracodawca jej ojca, niejaki J.B. Hammock. Obrzydliwie bogaty (i oczywiście przystojny) ranczer przygarnął bohaterkę i zapewnił jej najlepsze możliwe warunki, cały czas traktując ją jak młodszą siostrzyczkę. Ale małe dziewczynki mają to do siebie, że szybko dorastają i niestety nie umyka to uwadze całkiem młodego opiekuna. Sfrustrowany faktem, że nie może się jeszcze do Terry dobrać, bo chociaż pełnoletnia, to nadal niewinna jako ta lilia nagrobna, wyładowuje swój stres na Bogu ducha winnej dziewczynie, czym sprawia jej ogromną przykrość. Zresztą, pół biedy, gdyby tylko urządzał awantury i był złośliwy, ale J.B., do niedawna rycerz na białym koniu, codziennie widywany jest w towarzystwie innej piękności. Pech chce, że przez swoje dziecinne zachowanie doprowadza do tragedii…

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby klasyczny harlequin zaadaptowany na mangę? Oto macie możliwość się przekonać, chociaż osobiście nie polecam. Na przeciętną czy słabą mangę nietrudno trafić, ale wyszukanie takiego badziewia to już jest wyższa szkoła jazdy. Aby uniknąć zarzutu, że przeczytałam Anata o Wasuretai tylko dlatego, żeby potem się popastwić, wytłumaczę jedną rzecz. Otóż stylistyka taniego amerykańskiego (to dosyć istotne) romansidła o obrzydliwie bogatych ludziach, którzy są albo dobrzy, albo źli, nigdy pomiędzy, jest mi stosunkowo bliska. Co prawda harlequinów nie czytam, ale wychowałam się na serialach utrzymanych w tym duchu, pokroju Dynastii czy innego Dallas. Teraz najbliżej tego nurtu jest Moda na sukces, ale tak jak południowoamerykańskie produkcje, niestety się nie umywa. Oglądanie wydumanych problemów teoretycznie ładnych kobiet z tapirem na głowie oraz opalonych męskich mężczyzn miało swój urok i potrafiło nieźle rozbawić. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że ten komiks stanowi zaledwie marne popłuczyny po wyżej wspomnianych klasykach kiczu i tandety. Autorka starała się stworzyć silną bohaterkę w typie chłopczycy, która nie przypomina wprawdzie modelki z okładki „Vogue”, ale swoim charakterem przyciąga i oczarowuje mężczyzn. Problem polega na tym, że zamiast pokazać pazurki, Terry udowadnia, że jest jedynie biedną sierotką, która marzy o karierze Kopciuszka. Bo wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: chociaż w oczach dziewczyny J.B. (jak ja kocham te dwuliterowe skróty męskich imion…) jest rycerzem w lśniącej zbroi, któremu zdarzyło się nieco zbłądzić, to tak naprawdę okazuje się on kawałem macho­‑prostaka, myślącym dolną częścią ciała. Cała przedramatyzowana fabuła tej mangi ogranicza się do stwierdzenia, że „w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz…”. Jak pan chce do łóżka… Chociaż nie, on chce cały czas. W każdym razie, jak już namiętnie się całuje z panią i widać, że ona w tym momencie pozwoliłaby mu na wszystko, to nagle zaczyna myśleć (niespodzianka), że to przecież jeszcze dziecko (po czym on to stwierdza, nie wiem, bo na pewno nie po dowodzie osobistym) i strzela focha. I leci do kolejnej rozwiązłej biuściastej blondyny (dlaczego to zawsze jest panienka z rozkładówki „Playboya”?!), by zaspokoić swe żądze i uciszyć sumienie. Oczywiście nie zabrakło tragicznych przeszłości, tego trzeciego w postaci długowłosego kowboja i tej trzeciej, którą jest wspomniana wyżej blondyna. Jakie ci ludzie mają nudne problemy! Wystarczyłoby siąść i porozmawiać, a potem skoczyć razem do łóżka i po sprawie, wszyscy są spełnieni i szczęśliwi. Ale to amerykańscy ranczerzy, bez tragedii prawie rodzinnej, wypadku, strug deszczu i scen zazdrości nie da rady… Szkoda.

W ogóle amerykańskie południe w wersji mangowej jakoś mnie nie przekonuje. Nowobogacka elita żyjąca sobie w pięknym domu i grająca w weekendy w golfa lub tenisa, owszem. Sekretarka uwiedziona przez swojego szefa, arabskiego szejka, jasne. Ale nie potomkowie pionierów Dzikiego Zachodu… Jak widziałam tego długowłosego przyjaciela Terry, w kapeluszu, obcisłych dżinsach i charakterystycznej koszuli, to nie mogłam powstrzymać śmiechu. Oczami wyobraźni widziałam japońskiego bishounena, który z południowym akcentem mówi do bohaterki: „Pójdziesz ze mną do kina, laleczko?” i wygina się przy tym, jakby go te obcisłe spodnie uwierały w wiadome miejsce. No za Chiny Ludowe mi ta konwencja do mangi nie pasuje. To tak, jakby Polacy zaczęli kręcić westerny. Co gorsza, bohaterowie są strasznie płascy i nijacy. Może gdyby więcej miejsca poświęcono konkurentce głównej bohaterki, manga zyskałaby nieco charakteru, ale tak się nie stało. To ogromna strata, ponieważ w tego typu opowieściach zazwyczaj jedyną znośną postacią, która ciągnie całe przedstawienie, jest właśnie „ta zła”. A tak czytelnik został z sierotką Terry i męskim J.B., czyli jednymi z najbardziej drewnianych postaci, jakie istnieją. Autentycznie trudno napisać o nich coś więcej ponad to, że dziewczyna jest biedna i niekochana, a pan ma, za przeproszeniem, permanentną „chcicę”.

Kreska jest bardzo przeciętna. J.B. brzydki jak noc, Terry wygląda ładnie tylko na okładce i w sumie jedynie ten trzeci prezentuje się jako tako. Zdecydowanie za dużo tu bieli, jej nadmiar po prostu rzuca się w oczy. Tła są puste, poszczególne panele wypełniają sylwetki postaci lub zbliżenia ich twarzy. Rastrów jest niewiele i wyglądają na najtańsze, jakie można dostać. Co gorsza, bohaterowie w ogóle nie są w żaden sposób „modelowani”, światłocień jest znikomy, a całość sprawia wrażenie raczej skomplikowanej kolorowanki dla dzieci niż komiksu. Graficznie jest to porażka, chociaż przyznaję, że widziałam gorsze rzeczy, bo mimo krzywych facjat rysowniczka całkiem nieźle radzi sobie z anatomią.

Bogowie, polecanie komuś Anata o Wasuretai to byłby szczyt sadyzmu, ale… Krótkie to i tak głupie, że aż śmieszne. Jeżeli macie ochotę na odrobinę odmóżdżającej frajdy, a trzymaliście kiedyś w łapkach harlequina i wydał Wam się niesamowicie zabawny, droga wolna. Nic nie stracicie, a może nawet miło spędzicie chwilę. Jeżeli natomiast na widok różowej okładki robi Wam się niedobrze, a Dynastią pluliście dalej niż widzicie, nie dotykajcie tego komiksu długim kijem. Podsumowując – mariaż amerykańskiego romansidła z mangową kreską uważam za totalny niewypał. Czytać na własną odpowiedzialność!

moshi_moshi, 14 maja 2011

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Harlequin
Rysunki: Mika Sadahiro
Scenariusz: Diana Palmer