Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10 kreska: 9/10
fabuła: 8/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 16
Średnia: 7,88
σ=1,76

Wylosuj ponownieTop 10

Calling

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2008-2011
Liczba tomów: 3
Tytuły alternatywne:
  • コーリング

Poważne życiowe wybory, ogromna odpowiedzialność i sercowe rozterki w ogarniętej niepokojami Japonii nie tak bardzo odległej przyszłości. Kolejna mała perełka od Kano Miyamoto.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: moshi_moshi

Recenzja / Opis

W niedalekiej przyszłości Japonia pogrąża się w ekonomicznym kryzysie. Pozbawieni perspektyw młodzi ludzie chętnie wspierają antyrządowe organizacje, podczas gdy ogólne niezadowolenie społeczne staje się pożywką dla terrorystów. Przestępcy, niekiedy wspierani przez potężnych sponsorów, stają się coraz bardziej bezczelni i niebezpieczni – lista ich ofiar rośnie. Do walki z terrorystami zostaje powołana nowa agencja rządowa. Ogłasza ona nabór, który okazuje się wielką szansą dla ludzi takich jak Shino Asaoka i Jun Nishikiori – wyrzutków, szukających swojego miejsca w życiu. Jednak oprócz wymarzonej stabilizacji, bohaterowie znajdują także niekoniecznie proste uczucia i mnóstwo kłopotów.

Kano Miyamoto w jednym z tomów Calling przyznała, że miała ochotę stworzyć opowieść przygnębiającą i muszę przyznać, że ta sztuka jej się do pewnego stopnia udała. Mangaczka przyzwyczaiła fanów do słodko­‑gorzkich historii, w których zazwyczaj dominuje gorycz, zawsze jednak doprawiona szczyptą nadziei na lepsze jutro. Nie inaczej jest w tym przypadku – przez trzy tomy obserwujemy poczynania bohaterów, uwikłanych w skomplikowane relacje miłosne, poszukujących akceptacji i ciepła, a także uznania w oczach świata. To pierwsze mogą im zapewnić spotkani po drodze ludzie – Keigo Kobayashi, sprzedawca w drogerii, Motoki Takano, przełożony bohaterów, oraz major Hiroki Mitarai, przyjaciel Takano. To drugie zależy tylko i wyłącznie od nich. Warto jednak wspomnieć, że chociaż wątek romansowy jest cały czas obecny i w zasadzie gra pierwsze skrzypce, autorka nawet na chwilę nie zapomina o sensacyjnej intrydze, umiejętnie wplecionej w sieć wzajemnych powiązań i relacji.

Cóż, nie będę ukrywać, że pani Miyamoto miewała lepsze pomysły na fabułę i w porównaniu z Rules czy Nemureru Tsuki, Calling wypada nieco słabiej, ale jest coś w tej mandze, co sprawia, że chętnie do niej wracam i zaliczam ją do ulubionych. Podoba mi się szara, smutna rzeczywistość, wykreowana przez mangaczkę, a także bez przerwy wiszące w powietrzu poczucie zagrożenia. Zdecydowanie inne i mniej wyraźne niż w przypadku wspomnianego wyżej Nemureru Tsuki, ale niesamowicie wibrujące i silnie oddziałujące na podświadomość. Co ciekawe, jest ono doskonale wyczuwalne już podczas lektury pierwszej części, skupiającej się na Nishikiorim i poświęconej jego romansowi z Keigo. Tymczasem prawdziwe zagrożenie pojawia się dopiero, kiedy poznajemy historię Asaoki, który w pewnym momencie staje twarzą w twarz z przywódcą terrorystów, nieobliczalnym Habu. Gdybym miała do czynienia z komiksem innej autorki, zapewne spokojnie odliczałabym kolejne strony, mając pewność, że mimo wszystkich zawirowań i nieszczęść bohaterów czeka świetlana wspólna przyszłość. Jednak nauczona doświadczeniem, w przypadku mang Kano Miyamoto wszelkie przypuszczenia mogę sobie wsadzić w kieszeń – chyba że te pesymistyczne, one zawsze mają szansę się sprawdzić… Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet jeśli ginie istotna postać, a mój upragniony happy end szlag trafia, mam poczucie obcowania z idealnie poprowadzonym wątkiem – owszem, mój wewnętrzny fangirl wolałby zobaczyć coś uroczego i puchatego, ale wątpię, by historia cokolwiek na tym zyskała, poza infantylnością.

Cóż, nie po to czytam mangi Kano Miyamoto, żeby zachwycać się wyidealizowanym światem, pełnym szarmanckich bishounenów. Po raz kolejny uderza mnie celność spostrzeżeń, wnikliwa analiza ludzkich zachowań oraz wierne odwzorowanie rzeczywistości, dalekiej od bajki, a jednak nie tak ponurej, jak się zrazu wydaje. Droga na szczyt Asaoki i Nishikioriego jest niezwykle stroma, pełna przeszkód i trudnych wyborów, na dodatek nic i nikt, a już zwłaszcza mangaczka, nie gwarantuje im dotarcia do celu. Trudno jednak zarzucić pani Miyamoto okrucieństwo czy sadyzm, gdyż widać, że traktuje swoich bohaterów z sympatią i łagodnością, na jakie pozwalają fabularne założenia. W Calling nie brakuje małych i dużych dramatów, nie wszyscy dotrą do finału z tarczą, ale nawet przegrani otrzymają od losu kolejną szansę – inną, nie tak widowiskową, ale w dłuższej perspektywie dającą poczucie bezpieczeństwa. Naturalnie tylko od bohaterów zależy, czy wykorzystają okazję, gdyż autorka nie stawia kropki nad „i” – historia jest kompletna, nikt nie bawi się tu w oczywiste furtki do kontynuacji, ale nie ma też jasnych deklaracji – są za to plany na przyszłość i dużo marzeń.

Wspomniałam już, że pierwsza część skupia się na osobie Nishikioriego, ale to Asaoka wydaje się głównym bohaterem, gdyż właśnie jemu mangaczka poświęciła najwięcej miejsca, umieszczając mężczyznę w centrum wydarzeń. Shino jest jednostką niezwykle wrażliwą, mocno doświadczoną przez los, ale jednak dzielnie idącą naprzód. Wstąpienie do agencji jest formą ucieczki od przykrych wspomnień i życia na ulicy, próbą normalnego życia. Problem polega na tym, że już na wstępie spotyka Takano – enigmatycznego i pewnego siebie przełożonego, który obdarza go szczególnym zainteresowaniem. Romans? Oczywiście, ale bardzo nietypowy. Asaoka pragnie czułości i uczucia, a przede wszystkim bliskości drugiego człowieka – nie jest już w stanie znieść wszechobecnej samotności. Takano to rodzaj filara, sprawia wrażenie osoby odpowiedzialnej i silnej – teoretycznie stanowi idealne oparcie dla zagubionego nowicjusza, ale… Ano właśnie, nasz chodzący ideał jest osobą trudną w obejściu, zamkniętą w sobie i niejednoznaczną. Wyraźnie troszczy się o Asaokę, jednak ma problem z wyrażaniem uczuć, czy to ze względu na podwładnego czy ze względu na siebie, nie potrafi zająć jasnego stanowiska. Momentami miałam wrażenie, że TJ (zdrobnienie używane przez bohaterów) tylko bawi się Shino, ale nie – mangaczka wyraźnie daje do zrozumienia, że panów coś łączy i zdecydowanie nie jest to jej wszechmocna wola. Zresztą, wystarczy zobaczyć, jak fantastycznie między nimi iskrzy, a że mają standardowy problem z mówieniem o swoich uczuciach… Albo inaczej, żaden nie chce przyznać, co czuje do drugiego – Asaoka ponieważ boi się odrzucenia, Takano, bo prawdopodobnie wydaje mu się, że nie ma takiej potrzeby. W dużym skrócie – idioci. Nie aż tak straszni, jak bohaterowie kilku innych komiksów Kano Miyamoto, tudzież Nishikiori i jego kochanek, ale nadal. To zresztą nie jest zarzut, gdyż bohaterowie są wiarygodni psychologicznie, a ich reakcje wydają się prawidłowe, poza tym napięcie wytworzone w ten sposób daje znacznie lepszy efekt niż gorąca scena erotyczna.

Nieco inaczej wyglądają relacje wspomnianego Nishikioriego. Ma on znacznie swobodniejsze podejście do spraw uczuciowych i naturalnie łóżkowych. Keigo poznaje przypadkowo w barze i na początku nawiązuje z nim jedynie niezobowiązujący romans, który dopiero po jakimś czasie przeradza się w głębsze uczucie. Mimo to Shiki (bo tak każe się nazywać) wplątuje się w trójkąt romantyczny, kiedy spotyka przyjaciela z wojska Takano, Mitaraiego. Ten ostatni to najjaśniejsza gwiazda obsady Calling. Mitarai jest inteligentny, na swój specyficzny sposób czarujący i przede wszystkim pełen optymizmu. Z łatwością nawiązuje kontakty z ludźmi, głównie dzięki ogromnym pokładom empatii i poczucia humoru. To szalenie interesujące przeciwieństwo pozostałych panów i jak do tej pory mój ulubiony bohater wymyślony przez tę autorkę. Swoją drogą, warto wspomnieć, że zarówno Mitarai, jak i TJ są mężczyznami w kwiecie wieku, podczas gdy Shino i Jun dopiero wkraczają w świat dorosłych. Kano Miyamoto trafnie przedstawia różnice w poglądach i zachowaniu panów, nie sprowadzając ich relacji do schematu „mistrz i uczeń”, tudzież „pan i jego wierny podnóżek”. Nie przyznaje także palmy pierwszeństwa fizycznej stronie związków, a chociaż w komiksie nie brakuje scen łóżkowych, podobnie jak w innych dziełach autorki, na próżno szukać tu dokumentalnej dokładności. Jest namiętnie, ale to namiętność pozbawiona wulgarności i dosłowności, na dodatek nie dominuje ona nad fabułą i emocjami bohaterów – te zawsze pozostają najważniejsze.

Romansowi trudno coś zarzucić, ale jak na jego tle wypada wątek sensacyjny? Z pewnością nie tak rewelacyjnie, jak zapowiada to początek serii. Z jednej strony, odrobinę zabrakło mi policyjnej codzienności i trudów szkolenia. Z drugiej jednak autorka postawiła na ryzykowną kartę – niepokoje społeczne i walka z terroryzmem to dość niebezpieczne tło dla romansu yaoi. Nie dlatego, że te dwie rzeczy do siebie nie pasują, jednak mamy do czynienia z połączeniem trudnym, wymagającym wyczucia i subtelności. Bardzo łatwo przekroczyć granicę, za którą nietypowe okruchy życia zmieniają się w przedramatyzowany wyciskacz łez lub parodię political fiction. Na szczęście Miyamoto nakreśliła jedynie ogólny obraz wydarzeń i, nie wdając się zbytnio w szczegóły, wprowadziła w szerokie ramy obyczajowe interesujących bohaterów, po czym skupiła się na ich przeżyciach. Moim zdaniem to słuszna decyzja, a chociaż pozostał pewien niedosyt, czytelnik nie ma przynajmniej poczucia, że właśnie przeczytał coś kuriozalnego, a mangaczka zwyczajnie bredzi.

Nad stylem Kano Miyamoto rozpływałam się już niejednokrotnie i Calling nie jest wyjątkiem pod tym względem. Projekty postaci to w zasadzie sprawdzony zestaw artystki – Asaoka i Shiki reprezentują typy bardziej „dziewczęce” (nie mylić ze zniewieściałymi), podczas gdy TJ i Mitarai to mężczyźni dojrzali – przystojni, lecz dalecy od karykatury macho. Zazwyczaj miałam okazję oglądać bohaterów mangaczki w raczej swobodnych, a nawet niedbałych stylizacjach – ku mojej uciesze tutaj mamy do czynienia z pracownikami agencji rządowej, których obowiązuje pewien dress code – w skrócie, garnitury i mundury! Moje poczucie estetyki dosłownie wyje z zachwytu za każdym razem, kiedy widzę Mitaraiego lub Takano w uniformie, zresztą Asaoka i Shiki prezentują się równie efektownie. Wracając jednak do kreski – naturalnie nie mogło zabraknąć pięknie narysowanych twarzy – ekspresyjnych, ale dalekich od przerysowania, z wyrazistymi oczami i po mistrzowsku zaznaczonymi rzęsami, które nadają rysom pewnej miękkości. Tym razem autorka postawiła na kontrasty, bo chociaż w mandze nie brakuje tonów szarości, są one na tyle delikatne, że wyraźnie odcinają się od obecnej w dużej ilości czerni. Jako że większość akcji ma miejsce w zamkniętych biurowych pomieszczeniach, pani Miyamoto nie miała okazji do zabawy z tłem, które owszem, występuje, ale nie rzuca na kolana. Wolne przestrzenie wypełniają przede wszystkim proste zarysy mebli i ścian – bezosobowe i surowe, ale czego można się spodziewać po biurze? Jak zwykle o charakterze całości decydują detale, brak przypadkowości w doborze rekwizytów obecnych w tle, umiejętne kadrowanie i oczywiście wprawne oddane emocje bohaterów – nierzadko są to efekty uzyskane wyjątkowo prostymi środkami czy pojedynczymi kreskami.

Calling, zaraz obok Nemureru Tsuki, zaliczam do moich ulubionych mang Kano Miyamoto. Jest coś pociągającego w tej przygnębiającej na pierwszy rzut oka historii. Szalenie przypadły mi do gustu skomplikowane relacje bohaterów, ich życiowe niepozbieranie, brak dialogu wynikający z dotychczasowych doświadczeń i charakterów postaci, a nie widzimisię autorki. Urzekł mnie realizm wydarzeń oraz przysłowiowe kopy od życia, które jednak nie pogrążają bohaterów w rozpaczy, ale mobilizują do dalszego działania. Nie znajdziecie w Calling prostych wyborów, słodkich wyznań i recepty na życie, jak również uroczych scen z sypialni, przysypanych płatkami wiśni i mięciutkim pierzem, po tego typu wrażenia zapraszam pod inny adres. Jednocześnie nie chciałabym utwierdzać czytelników w przekonaniu, że oto sięgają po arcydzieło mangaczki – na tle kilku innych jej prac, opowieść o Asaoce i Nishikiorim wypada raczej przeciętnie, acz nadal lepiej od większości innych yaoi. Fabuła w ostatecznym rozrachunku wypada tak sobie, jednak o sile komiksu stanowią bohaterowie i ich perypetie zawodowo­‑uczuciowe. Cóż, ja z wypiekami czekałam na rozwój relacji między Shino a Takano, jednocześnie zastanawiając się, kiedy mangaczka ponownie pokaże Mitaraiego – można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, ale jestem w stanie zrozumieć osoby, których komiks nie porwał. Zdecydowanie zachęcam do lektury, chociaż nie obiecuję, że zakończycie ją równie usatysfakcjonowani jak ja. Calling to pozycja dobra i warta uwagi, choć niekoniecznie najlepsza manga Kano Miyamoto.

moshi_moshi, 8 lutego 2014

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Takeshobo
Autor: Kano Miyamoto