Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 8/10 kreska: 10/10
fabuła: 9/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,75

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 72
Średnia: 8,94
σ=1

Wylosuj ponownieTop 10

Saga Winlandzka

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2005-
Liczba tomów: 18+
Wydanie polskie: 2017-
Liczba tomów: 1+
Tytuły alternatywne:
  • ヴィンランド・サガ
  • Vinland Saga
Gatunki: Dramat, Przygodowe
Widownia: Seinen; Rating: Przemoc; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość

Berserk w historycznej szacie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Shizuka

Recenzja / Opis

Posłuchajcie, dobrzy panowie, sagi o Thorofinnie, synu wodza Wikingów, szukającym zemsty. Skald zanuci pieśń o wojownikach, którzy przez kilka wieków terroryzowali wybrzeża Europy. Największe miasta i potężni królowie woleli płacić sute daniny niż zmierzyć się z nimi w bitwie. Kamienie oznaczone ich runami znajdywano na wielkich wyspach Europy Północnej i w odległej krainie za Atlantykiem… To już było, to już znamy, twoi poprzednicy, skaldzie, śpiewali nam o tym nie raz. Uczta jest wielka, król całkiem pijany, goście chcą nowej zabawy, jeśli więc nie masz nic nowego, to idź precz. Cóż możesz nam o nich opowiedzieć? O tym, jak król nasz miłościwy spiskiem i stalą wywalczył sobie władzę? O tym, jak ścierały się ze sobą stara i nowa wiara? O codziennym życiu, dylematach niewolników i wielkich rozterkach wielkich wodzów? Śpiewaj, chętnie posłuchamy…

Zaczynając od końca – Vinland Saga bywa nazywana „Wikińskim Berserkiem”. Dla jednych jest to najlepsza rekomendacja, a drugich powód, by trzymać się od tej mangi z daleka. Ja sama nie bardzo wiedziałam, co o tym sądzić – dzieło pana Miury doceniam, choć pesymistyczny klimat skutecznie odstraszył mnie od lektury. W końcu zabrałam się za Vinland Saga, choć motywacje miałam nieco inne niż większość czytelników.

Fabułę omawianej mangi umieszczono w początku XI wieku. Wikingowie są u szczytu swojej potęgi, a ich najazdy stanowią poważne zagrożenie dla Londynu i Paryża. W tych okolicznościach poznajemy Thorfinna – młodego wojownika pałającego żądzą odwetu za śmierć ojca. Chłopak w pierwszych rozdziałach dopada winnego i przez następne kilkadziesiąt będzie powtarzał niczym nakręcona katarynka, że chce pokonać go w uczciwym pojedynku, takim, jaki toczył jego ojciec. Wydaje się oklepane? Niestety słusznie się wydaje. Na szczęście w zapasie tkwi drugi wątek – wydarzeń, które z księcia Kanuta o przerażonym spojrzeniu uczyniły króla Kanuta Wielkiego. Tak wygląda fabuła pierwszych 54 rozdziałów – dalsza część rozwija zupełnie nowy wątek. Po dramatycznym finale na scenę wchodzą nowi bohaterowie, a akcja po kilku zaskakujących zwrotach pozornie skręca na zupełnie inne tory. Na obecną chwilę mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z kontynuacją na oczko wyższym poziomie, co biorąc pod uwagę standardy ustalone na początku, jest niemałą pochwałą.

Mam poważne zastrzeżenia co do Thorfinna. Prawdę mówiąc, nie zaskoczyłoby mnie zbytnio, gdyby nagle okazał się on cyborgiem, który zaprogramowany został na zemstę i nic poza tym. Lubię rozdziały kiedy walczy, ponieważ zazwyczaj wtedy milczy. Gdy się odzywa, to tylko po to, by powiedzieć, że musi się zemścić. W pewnym momencie staje się jasne, iż chęć zemsty zwyczajnie wyłączyła mu zdolność myślenia i prędzej czy później musi się to skończyć katastrofą. Niestety katastrofa nie nadchodzi, bo żywotności Thorfinnowi pozazdrościć może niejeden wojownik rodem z gry komputerowej. Rany zawsze okazują się niegroźne, ogień go nie pali, woda nie topi, wróg nie ubija. Ani chybi cyborg. W pewnym momencie modły moje zostały wysłuchane i niemyśląca dzidzia robi sobie kuku, po którym pozostaje jej tylko siąść i przemyśleć swoje życie, co ogólnie wychodzi bohaterowi na zdrowie. Wydaje się, że po 50 rozdziałach autor na szczęście przypomina sobie, że ma budować postać z krwi i kości. Nieoczekiwana odmiana losu zmusi Thorfinna do nowych zachowań i późno bo późno, ale klapki z oczu mu spadną, a wtedy przyjdzie mu zaczynać wszystko od początku.

Ciekawszą postacią niż Thorfinn okazuje się jego ojciec, Thor. Kolejna rzecz, która źle świadczy o młodym wojowniku – być przyćmionym przez osobnika, który na wstępie od dawna gryzie ziemię. Thor to postać niejednoznaczna, ukazana przez wspomnienia tych, którzy go spotkali. Dla Thorfinna był prawym i nieugiętym wojownikiem, ale mało kto podziela tę opinię. Dość powiedzieć, że pan ojciec okazał się dość nieprzystosowany do epoki, w której przyszło mu żyć, za co wysoką cenę zapłacili jego najbliżsi.

Zostawmy jednak zmarłych w spokoju, zajmijmy się tym, który swego czasu odebrał Thorowi życie, a początek mangi powitał w dobrym zdrowiu. Askeladd, wódz najemników, najpierw przedstawiany jako zły i niehonorowy, okazuje się jedną z lepszych postaci Vinland Saga. Przyznam, że na wstępie zaskoczył mnie niemile. W chwili, gdy Thorfinn oznajmia mu swoje plany, nie tylko pozwala mu żyć, ale też służyć w jednej drużynie, starając się stać kimś w rodzaju mentora. Nieoczekiwane? Okazuje się, że w rękach Askeladda słowa to równie niebezpieczna broń, jak miecz. Blond wojownik niejednokrotnie zaskoczy czytelnika, występując w zgoła niespodziewanej roli spiskowca i stając się spiritus movens przemiany ostatniego z trójki głównych bohaterów pierwszej części.

Teraz ostatni z wielkiej trójki, czyli książę Kanut. Kto zdecydował się już zapoznać z mangą, niech czyta dalszy opis już po wprowadzeniu na scenę duńskiego następcy tronu. W odpowiednim momencie radzę nastawić kamerkę, a w komentarzach zamieścić zdjęcie miny w chwili, kiedy czytelnik orientuje się, z kim ma do czynienia. Kanut wygląda bowiem i zachowuje się jak uciekinier z zupełnie innej bajki. Delikatny bishouen o wielkich oczach i poglądach zgoła nieprzystających do otaczającego go świata, kurczowo trzyma się swojego opiekuna i stara się pozostawać na uboczu. Królewski ojciec na początku nie zwraca uwagi na prochrześcijańską postawę syna i nieszkodliwe pasje w rodzaju studiowania ksiąg i gotowania, ale kiedy niemęskie zachowanie królewicza dostrzegają dworzanie, sytuacja staje się niebezpieczna. Kiedy nie pomogły prośby i groźby, król machnął na syna ręką w nadziei, że ten szybko zemrze. Jak na złość, ścieżki młodego księcia skrzyżują się z wojownikiem, który powoli, ale nieubłaganie wymusi na nim odpowiednie zachowanie i nauczy, jak przetrwać, czy tego chce, czy nie.

Imię pozostałych bohaterów brzmi Legion, więc pozostawię czytelnikom przyjemność ich odkrywania. Osoby lubiące wyszukiwać nawiązania zapewne szybko dostrzegą, że nie tylko książę Kanut posiada historycznego odpowiednika, a kreacja bohaterów nie jest jedynym elementem ujawniającym wielką wiedzę autora na temat opisywanej epoki.

Świat Vinland Saga jest brutalny. Tego aspektu najczęściej dotyczą powtarzające się porównania z Berserkiem. Jest ta manga w końcu do Berserka podobna czy nie? Fani powiedzą, że w dużej mierze tak. Osoby niezbyt za Berserkiem przepadające na szczęście znajdą subtelne różnice. Pozornie klimat obu mang wygląda podobnie – na świecie trwa wojna, żeby przeżyć, nie wolno nikomu ufać i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeśli bohaterowie chwilowo nie walczą, to albo do walki się przygotowują, albo spiskują. Mimo to ogólny ton Vinland Saga wydaje mi się lżejszy i łatwiejszy do przełknięcia. Na pewno duży wpływ miał na to fakt, że omawiana tu manga umieszczona jest w konkretnej epoce historycznej, co siłą rzeczy uniemożliwia wprowadzenie tak depresyjnego tonu, jak miało to miejsce w Berserku. Przecież historia uczy nas, że nawet najgorsza wojna to nie tylko krew, a ludzie zawsze znajdą sobie sposób na osłodzenie życia. Choćby głupia piosenka żołdaków, popijawa w gospodzie czy potrawka z królika. A gdzieś między tym wszystkim przebija się tęsknota za czymś większym, nieznanym, które czeka na wojownika po ostatniej bitwie. Mniejsza o to, czy będzie to gwarna Walhalla, opromienione Niebo czy pachnąca wyspa Avalon.

Powyższe zdanie nie znaczy bynajmniej, że z którąkolwiek postacią chciałabym uciąć sobie miłą pogawędkę na tematy teologiczne czy jakiekolwiek inne. Łatwo można bowiem odnieść wrażenie, że mangę zaludniają amoralne dranie, których rozsądny człowiek bałby się spotkać w jasny dzień. Niewielu autorów odważa się na podobny krok – przedstawić postacie o całkowicie innym od naszego systemie wartości, nie dbając o to, że wedle współczesnych norm żadna z nich nie może zostać nazwana pozytywną, a ich czyny mogą czytelnikowi wydać się szokujące. Gospodarz bez niewolników jest dziwolągiem, a bohater widząc kompanów gwałcących młodą dziewczynę, zbiera posłanie i odchodzi bez słowa, bo jej krzyki przeszkadzają mu spać. Żadna z tych scen nie wynika z chęci szokowania czytelnika, a stanowi logiczną konsekwencję rządzących światem reguł. Zdarzają się osobnicy niepokorni, ale prędzej czy później zostaną spacyfikowani – chyba, że umieją wykorzystać reguły i okoliczności do osiągnięcia własnego celu.

Jak już wspomniałam, na wątku przemiany Kanuta i zemsty Thorfinna skupiają się pierwsze 54 rozdziały. Ostatni z nich stanowi wyraźną cezurę oddzielającą dwie części mangi. Druga pozornie wydaje się spokojniejsza, gdyż wraz z Thorfinnem opuszczamy bitewne pola i dwory możnych tego świata, by trafić na wieś spokojną, ale wcale nie wesołą. Druga część jest dopiero rozwijana, ale już mogę powiedzieć, że z każdym rozdziałem jest coraz lepiej. Pierwszym powodem tej oceny jest przemiana Thorfinna w osobę myślącą. Drugą – przeniesienie akcji z pola bitew na wieś, co pozwoliło na wyeksploatowanie wątków kultury i społeczeństwa, w poprzedniej części przesłoniętych przez wszechobecną wojnę. Nie jest to ten przypadek, jak w starych książkach o Indianach, że „dzikusy” to bestie wiecznie na wojennej ścieżce, ponieważ autor nie ma pojęcia, że było inaczej, ale widoczny brak miejsca i czasu na ukazanie tła innego niż to absolutnie niezbędne dla fabuły. Między jednym i drugim pojedynkiem Thorfinna pojawiają się informacje o tym, że wikingowie kolonizowali nowe ziemie, że mieli sprawne sądy i rytuały na każdą okazję. Przywołany jest konflikt starych wierzeń z chrześcijaństwem, organizacja dworu króla i problemy sukcesji, ale autor zdecydowanie stawiał na komiks akcji. Na szczęście w miarę rozwoju fabuły ciekawych wzmianek pojawia się więcej. Pokazane jest, że wikingowie, choć zdawali się rodzić i umierać w bitwie, tworzyli ciekawe i barwne społeczeństwo, w wielu aspektach bardzo odległe od powszechnych wyobrażeń na ich temat.

Skoro już wspomniałam o dużej ilości walk, to wypada rozwinąć temat. Niestety nie jest to wątek, który przypadł mi do gustu – o wiele bardziej wolałam części wyjaśniające, dlaczego dochodzi do konfrontacji, niż samo starcie. Walki momentami niebezpiecznie zbliżają się do poziomu prezentowanego przez większość mangowych bijatyk – długo, akrobatycznie i z możliwie obszernym komentarzem. Jak na mój gust, trochę za dużo tu pojedynków jeden na jednego – po tematyce spodziewałam się raczej większych bitew, a nie pretekstów do starcia konkretnych bohaterów.

Kreska Vinland Saga to jej wielki atut, ale znowu niestety muszę zacząć od głównego bohatera jako największej wady. Młody wiking cierpi chyba na specyficzny szczękościsk. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć faktu, że przez 50 rozdziałów prezentuje trzy identyczne miny, podczas gdy mimika pozostałych postaci pozostaje bez zarzutu. Rysunki mężczyzn są bardzo realistyczne, żeby nie powiedzieć naturalistyczne – rzadko w mandze spotyka się postacie odrażające w swojej dokładności, jak król Swen. Jak już wspomniałam, książę Kanut wyróżnia się wizualnie na tle bohaterów, pozostając zwiewnym bishounenem w gronie mężczyzn i kobiet jędrnych i krzepkich. Uważny czytelnik dostrzeże powolną ewolucję w jego wyglądzie, będącą skutkiem i widocznym znakiem przemian wewnętrznych. Zmienia się zresztą nie tylko Kanut – autor nie zapomina o bliznach i ranach, jakimi obdarzył bohaterów, a upływ czasu również odciska się na wyglądzie. Tła, choć niezbyt przeładowane detalami, w jakości nie ustępują postaciom, a niektóre kadry tworzą naprawdę zapadające w pamięć kompozycje. Warto też zwrócić uwagę na zaskakująco szczegółowe rysunki zwierząt.

Muszę się przyznać, że za Vinland Saga zabrałam się specjalnie, by napisać tę recenzję – „ogryzek” z wielką ilością odwiedzin dość długo straszył w statystykach. Porównania do Berserka nie nastroiły mnie optymistycznie, ale o dziwo historia wciągnęła mnie na tyle, bym żałowała, że dogoniłam fanowskie tłumaczenia. Mimo pewnych wad, Vinland Saga na dłuższą metę wciąga niesamowicie, a zróżnicowanie czytelników, którzy dali się porwać, świadczy, że niestety otrzymuje o wiele mniej uwagi niż na to zasługuje. Proponuję każdemu zapoznać się z tą mangą i – docelowo – znaleźć się w grupie zadowolonych czytelników.

Eire, 24 września 2011

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Kodansha
Wydawca polski: Hanami
Autor: Makoto Yukimura

Wydania

Tom Tytuł Wydawca Rok
1 Tom 1 Hanami 1.2017