Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 8/10 kreska: 8/10
fabuła: 7/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,67

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 6
Średnia: 6,67
σ=1,8

Wylosuj ponownieTop 10

Orokamono wa Aka o Kirau

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2008
Liczba tomów: 1
Tytuły alternatywne:
  • Red Blinds the Foolish
  • 愚か者は赤を嫌う
Tytuły powiązane:
Widownia: Josei; Rating: Nagość, Seks; Miejsce: Europa; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Shounen-ai/yaoi

Jak najlepiej chwycić byka za rogi, czyli opowieść o matadorze, który zakochał się w rzeźniku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Amarth

Recenzja / Opis

Ostatnimi czasy w środowisku korridy wielką sławę zdobył młody i utalentowany Rafita Alonso, zwany Czerwonym Matadorem. Pracownicy rzeźni, do której trafiają byki zabite na największej arenie Hiszpanii, Las Ventas, są zaskoczeni, że ich najmłodszy kolega, Mauro, jeszcze o nowej gwieździe nie słyszał. Mężczyzna idzie więc na pokaz, żeby na własne oczy przekonać się o zdolnościach toreadora, który, o dziwo, zwraca uwagę na widza. Jeszcze tego samego wieczoru panowie przypadkiem spotykają się ponownie w barze i po krótkiej rozmowie nawiązują wyjątkowo bliską znajomość.

Mang traktujących o związkach męsko­‑męskich jest od groma, a na przestrzeni lat w tej kategorii (podobnie zresztą jak w shounen czy shoujo) ukształtowały się schematy, bez których yaoi nie nazywałoby się yaoi. Ramy te są dość sztywne i często oznaczają nudę i powtarzalność, ale z drugiej strony nie każdy autor ma wystarczająco dużo talentu lub szczęścia, by przebić się z czymś niestandardowym. Nie od dziś wiadomo też, że czytelnicy w znacznej mierze lubią coś, co już znają (byleby dany tytuł nie był jawną kopią innego). Od czasu do czasu pojawiają się jednak ci, którym obce jest słowo „standard”, a ich twórczość zaczyna wyznaczać nową jakość. W tej kategorii do grona najlepszych bez wątpienia zalicza się takie nazwiska jak Kano Miyamoto, Kou Yoneda czy Shouko Hidaka, chociaż w przypadku ich komiksów powinno się raczej mówić o historiach, w których motywem głównym jest miłość homoseksualna, bo określanie ich mianem yaoi to dość krzywdzące nadużycie. Nie mam tu na myśli tego, że każdy typowy tytuł jest zły, ale trzeba wytyczyć jasną granicę między „standardem” a „czymś więcej”.

Zdecydowanie „czymś więcej” są również prace nieco mniej popularnej niż wymienione wyżej autorki, ale równie utalentowanej mangaczki kryjącej się pod pseudonimem Est Em – od specyficznej kreski, dalekiej od typowego piękna i wymuskania, aż do niesztampowego sposobu przedstawiania historii i momentami… dziwnych pomysłów na fabułę (czego dobrym przykładem jest Equus). Dorobek artystki nie jest szczególnie imponujący pod względem liczby wydanych komiksów, ale nie o ilość, a jakość tu przede wszystkim chodzi. Tworzonym przez nią (nie)codziennym historiom zdecydowanie nie można odmówić bardzo specyficznego uroku, nawet jeśli głównym motywem (jak w przypadku tego zbioru opowiadań) jest krwawa i okrutna, a przez to wzbudzająca spore kontrowersje rozrywka.

Korrida, której dokładne pochodzenie nie jest znane, to widowisko od wieków bardzo popularne w Hiszpanii, skąd „powędrowało” również do innych krajów (głównie Ameryki Łacińskiej). Choć stanowi integralną część kultury narodowej, rytualne walki z bykami od lat są obiektem sporów i mają tyle samo zwolenników, co przeciwników. Nikogo to nie powinno szczególnie dziwić, bo niby tradycja tradycją, ale chociaż nigdy nie należałam do zagorzałych obrońców praw zwierząt, to nie rozumiałam także, co jest takiego fascynującego w dręczeniu czy wręcz torturowaniu zwierząt na scenie… A już nazywanie tego głęboką sztuką kompletnie przekracza moje pojęcie. Cóż, w tym miejscu mogę zabrzmieć jak hipokrytka, bo lektura Orokamono wa Aka o Kirau, tytułowego opowiadania z tego zbioru, była bardzo ciekawym i przyjemnym doświadczeniem. Powodów po temu jest kilka, ale niewątpliwie jednym z nich było osadzenie tej na pierwszy rzut oka całkowicie przeciętnej historii miłosnej w tak egzotycznym środowisku i sposób, w jaki zrobiła to mangaczka. Praktycznie każdy twórca ma swojego konika, rodzaje koników są różne – od motywu do typu postaci, ale to od umiejętności autora zależy, czy czytelnikom lub widzom również dany „egzemplarz” się spodoba. Nietrudno zgadnąć, iż w przypadku Est Em jest to wszystko, co związane z kulturą hiszpańską, w tym (nie)sławna korrida, która pojawia się w nie tylko w recenzowanym tomiku, ale stanowi m.in. motyw przewodni pięciotomowej Golondriny i miniatury Carmen. Autorka z niesamowitą dbałością o szczegóły przedstawia to widowisko, które nie pełni jedynie roli „egzotycznej” ozdoby, a jest integralną część opowieści, jako coś, wokół czego kręci się życie bohaterów.

Tak się zachwycam i piszę, jakie to niesamowite, a prawda jest taka, że trudno mi jednoznacznie zidentyfikować to „coś więcej”. Na pierwszy rzut oka żadna z mang wspomnianych już autorek nie ma w sobie nic niezwykłego, ot kolejne opowieści o miłości. Poza kilkoma wyjątkami potwierdzającymi regułę, ich komiksy opowiadają o codzienności, w różnych środowiskach i nie ma w nich elementów, których brakowałoby w innych przedstawicielach gatunku. O jakości i unikatowości stanowią w tych przypadkach nierzadko niedostrzegalne na pierwszy rzut oka szczegóły, które decydują o tym, czy dany tytuł wychodzi poza ramy kategorii czy kurczowo się ich trzyma. Naprawdę, nie wiem, jak one to robią, że z codzienności są w stanie wykrzesać tyle magii, a jednocześnie stworzyć historie niemal na każdym kroku zaskakujące naturalnością i realizmem w różnych aspektach – od opisu świata do przedstawienia relacji międzyludzkich, które akurat w romansach są chyba najistotniejsze.

Ani pod względem objętościowym (jakieś 2/3 tomiku), ani tematycznym (jeśli pominąć korridę) ta historia nie prezentuje się szczególnie imponująco – ot, kolejny krótki romans. O atrakcyjności i przewadze tego komiksu nad stadem podobnych decydują dojrzałość i umiejętne poprowadzenie fabuły. Sam motyw miłości homoseksualnej nie stanowi żadnej sensacji i jest po prostu częścią codzienności, ale w sumie wszystko w tym komiksie jest takie… zwyczajne, choć autorka nie stroni od wyraźnej, choć nienarzucającej się zbytnio symboliki. Życie bohaterów nie jest szczególnie łatwe, ale nie znajdziemy też w nim wielkich tragedii. Jest to zbiór scenek, w których dorośli ludzie powoli się do siebie zbliżają, często bez słów, bo autorka zdecydowanie więcej pokazuje niż mówi. Ważne jest również, że nie pokazując wszystkiego (mam tu na myśli np. przedstawienie życiorysów od A do Z), kreśli obraz niepozostawiający wiele wątpliwości. Nie „słyszymy” myśli bohaterów, ale z ich zachowania można wywnioskować, co siedzi w ich głowach. A czasem nie, ale to już taki urok tej opowieści, która teoretycznie mogłaby się ciągnąć przez wiele tomów, ale zamknięta w krótkiej formie również nie pozostawia niedosytu. Swoją drogą, trzeba mieć talent, żeby w tak niewymuszony i często pozbawiony komentarza sposób poruszyć sporo wyjątkowo aktualnych problemów, wśród których najważniejszy jest chyba odwieczny problem godzenia życia prywatnego z zawodowym.

Orokamono wa Aka o Kirau to również jeden z tych przypadków, w których trudno jednoznacznie określić charaktery bohaterów ze względu na ich nieszablonowość. Po pierwsze i najważniejsze – panowie z łatwością wymykają się schematom yaoi, bo ani Mauro, ani Rafita nie wyglądają na typowych seme i uke. No, może odrobinę, zważywszy na to, kto w czyich ramionach najczęściej szuka pocieszenia, ale ich wzajemne relacje są zarysowane tak subtelnie, że w ogóle nie powinno to przeszkadzać. Nasz rzeźnik ze względu na zawód i posturę teoretycznie mógłby robić za osobę dominującą w związku, ale jego wycofanie i dość ciche usposobienie sprawiają, że większość rzeczy w ich wspólnym życiu dzieje się dlatego, iż inicjatywę przejmuje pozornie delikatniejszy Rafita. Trudno może wymienić poszczególne cechy ich osobowości, ale są oni zaskakująco normalni, a ich reakcje wiarygodne. Spokojny Mauro na pewno prowadzi znacznie bardziej uporządkowane życie, nie jest gwiazdą, a zwyczajnym facetem, który raczej nie pakuje się w przygodne związki. Z kolei wygadany i charyzmatyczny Rafita lubi flirtować i wierność to niekoniecznie jego drugie imię, ale w sumie obaj bohaterowie (zwłaszcza na początku) są na etapie poszukiwań i starają się nie narzucać za bardzo partnerowi. Obserwowanie ich wzajemnych i stopniowo rozwijających się relacji sprawiało mi wyjątkową przyjemność z kilku powodów. Po pierwsze: bohaterowie są dorośli i to widać w ich podejściu do związku, który początkowo nie zapowiada się na nic więcej niż przelotne zauroczenie. Panowie świetnie z tego sobie zdają sprawę – nie obiecują sobie gruszek na wierzbie po pierwszej wspólnej nocy i wierności po grób. Brak tu płomiennych i dramatycznych deklaracji czy teatralnych scen zazdrości, a ich znajomość jakoś tak sama się pogłębia, przywiązanie przychodzi naturalnie, bez jakiegokolwiek patosu. Pozostałe postaci raczej stanowią tło, ale bardzo dopracowane i realistycznie (w szczególności najbliższa rodzina Mauro), sprawiające, że romans rzeźnika i matadora nie rozgrywa się w próżni.

Nie zdziwię się, jeśli potencjalnym czytelni(cz)kom trudno będzie przywyknąć do kreski Est Em, która jest bardzo specyficzna i zdecydowanie wyróżnia się na tle mang w ogóle (nie tylko yaoi), aczkolwiek mimo zauważalnych niedoskonałości, w moim przypadku była to miłość od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej w odsłonie z tego tomiku, bo nie wiem jak inni, ale ja widzę różnicę w porównaniu do wydanej (o dziwo) w tym samym roku Carmen. Autorka ma szkicowy, odrobinę toporny i dość surowy, ale w miarę realistyczny i łatwo rozpoznawalny styl. Na rysunkach rzadko pojawia się cieniowanie, a jeśli już, to w postaci rastrów, których mangaczka używa stosunkowo rzadko. Puste białe przestrzenie często dominują na kadrach, ale pojawiające się tła są ładne, a w kluczowych scenach autorka przykłada ogromną wagę do szczegółu, co widać np. w strojach głównego bohatera. Najbardziej jednak urzekły mnie bogata mimika oraz niezwykle umiejętne, momentami nietypowe i dość sugestywne kadrowanie, co jest w tej mandze bardzo istotne, bo autorka znacznie więcej przekazuje obrazem niż słowami i udaje jej się to bardzo dobrze.

Orokamono wa Aka o Kirau to niezaprzeczalnie rzadka perła wśród komiksów traktujących o miłości homoseksualnej, choć niekoniecznie widać to na pierwszy rzut oka. To coś dla tych, którzy nie szukają w yaoi przewidywalnych i słodkich romansów, a czegoś więcej – czegoś, czego jeszcze nie znają i nie boją się eksperymentów, a przy tym jednak liczą na lapidarność, przyziemność i realizm.

P.S. Nie można nie wspomnieć o innych historiach zawartych w tomiku – trzy rozdziały to opowieść tytułowa, a z pozostałych czterech jedna do nich nawiązuje. Jednak nawet całkowicie odrębne „jednostrzałówki” mają w sobie to „coś”, charakterystycznego dla twórczości Est Em.

Enevi, 17 maja 2016

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Oozora Shuppan
Autor: Est Em