Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Funcon 2017 - konwent

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 kreska: 7/10
fabuła: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 4
Średnia: 5,75
σ=0,43

Wylosuj ponownieTop 10

Ame no Murakumo

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2009
Liczba tomów: 1
Tytuły alternatywne:
  • 天叢雲

Władza korumpuje, zawsze – szkoda, że często konsekwencje dotykają niewinnych. Opowieść o tych, którzy oberwali rykoszetem (wersja light z potworem tygodnia).

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: lyynka

Recenzja / Opis

Dawno, dawno temu w Japonii z rozkazu królowej Himiko powstała organizacja zajmująca się zwalczaniem klątw i ich przykrych następstw, zwłaszcza w najwyższych kręgach władzy. Bo, jak powszechnie wiadomo, świat polityki pełen jest utajonych uraz i nieczystych zagrań, które skumulowane mogą doprowadzić do prawdziwej tragedii. Co prawda czasy się zmieniają, ale walka o stołki wciąż wygląda podobnie, dlatego założona przed wiekami organizacja ma się dobrze i nadal pełni służbę, od czasu do czasu prosząc o pomoc Orochiego Kushinatę i jego współpracowniczkę Ayame. Ten nietypowy duet mieszka w górach i rzadko ma okazję bywać wśród ludzi – czytaj: tylko naprawdę poważne problemy są w stanie zmusić ich do podróży. Nie inaczej jest tym razem – najmłodszy potomek rodziny Obinata zaczyna mieć straszne wizje, w których masakruje wszystkich napotkanych ludzi. Jak się szybko okazuje, przyczyną jego „dolegliwości” jest starożytna klątwa rzucona na jego klan. Jeżeli nie uda się jej powstrzymać, oprócz narodzin kolejnego psychopaty, miasto czeka jeszcze gorszy los w postaci przebudzenia się potężnego demona…

Shounen, wydanie kolejne, dla odmiany z nieco starszym bohaterem i znajomą resztą. Zmieniają się dekoracje, nazwy i wygląd wrogów, ale cel zawsze pozostaje ten sam – w widowiskowy sposób pokonać przeciwnika i ocalić ludzkość (w mniejszej lub większej skali). Zasadniczo Ame no Murakumo wszystkie konieczne elementy posiada, problemem jest natomiast przegadanie oraz brak jednoznacznego zakończenia. Penguin Gunsou chciał zbyt dużo upchnąć w jednym tomie – opowiedzenie historii sprzed wieków, okoliczności powstania organizacji, przeszłość bohaterów do kilku pokoleń wstecz oraz niecne plany antagonistów. Lubię skomplikowane opowieści z fabułą pełną niespodzianek, ale zazwyczaj wymagają one czasu i większej ilości papieru. Niestety trzy (nawet dość długie) rozdziały okazały się niewystarczające, już nie mówiąc o tym, że na końcu cała intryga okazała się zaledwie przygrywką do czegoś większego. No dobrze, sprawa rodziny Obinata odhaczona, tymczasem mamy spokój, ale co dalej? Mózg całej akcji pozostaje na wolności, ba, nawet nie dowiadujemy się jak wygląda! Tymczasem nasza wesoła ferajna otrzymuje następne zlecenie… Zdecydowanie szkoda zmarnowanego potencjału i sympatycznych, sensownych bohaterów. Gdyby nieco rozciągnąć wydarzenia, chociażby o jeden tom, kompozycja by zyskała. Tymczasem otrzymujemy produkt interesujący, z pomysłem, ale niekompletny i wybrakowany.

Nie powiem, trochę się dzieje, nie brakuje efektownych i dynamicznych walk, tym bardziej godnych uwagi, że w wykonaniu seksownej Ayame (tym razem to pani ma okazję popisać się siłą fizyczną, podczas gdy pan jest od myślenia i rzucania zaklęć), takoż finał prezentuje się satysfakcjonująco, ale… Autor ma tendencję do zbyt długich i zakręconych wywodów na temat przeszłości, które dominują w mandze. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że komiks lepiej sprawdziłby się w wersji animowanej, gdzie można by stworzyć odpowiedni nastrój, wykorzystując muzykę i oświetlenie, gdzie dialogi nie wyglądałyby tak sucho i co tu dużo mówić, nudno. Mimo ścian tekstu i skupieniu się na większości bohaterów, zabrakło mi dokładniejszych wyjaśnień na temat Orochiego i Ayame. A może wynika to z faktu, że informacje na ich temat zostały zasypane innymi, równie i znacznie mniej istotnymi? To nie jest zła manga, ale czuć w niej pośpiech i niezdecydowanie mangaki, a szkoda, bo gdyby zechciał napisać jeszcze kilka części, mogło się urodzić coś bardzo ciekawego, choć niekoniecznie odkrywczego.

Natomiast duży plus należy się za bohaterów, a zwłaszcza Orochiego Kushinatę. Jak na protagonistę shounena jest zaskakująco poukładany, trzeźwo myślący i inteligentny. Czułam, że mam do czynienia z dorosłym, a nie smarkaczem, chociaż jego wiek nie zostaje wspomniany. Naturalnie nie zabrakło traumy i mrocznego piętna przeznaczenia, ale Orochi nieszczególnie daje po sobie poznać, że dręczą go problemy typowego zbawcy świata. Można powiedzieć, że podchodzi do nich na luzie, ale ze świadomością, że musi uważać. Do tego dochodzi jego opiekuńczość względem Ayame, teoretycznie starszej i wyjątkowo silnej. Dziewczyna, a właściwie demon, jest jego pomocnicą, ale i przyjaciółką, która w gruncie rzeczy bardzo troszczy się o swojego mistrza. Na pierwszy rzut oka niepoważna i infantylna, okazuje się niesamowicie skuteczna, kiedy wymaga tego sytuacja. Gdyby nie to, że kilkoma uwagami udowadnia, iż jednak ma odrobinę oleju w głowie, można by ją uznać za ładny dodatek do stroju głównego bohatera, który czasem pełni funkcje użytkowe. Cóż, Ayame jest urocza, ale bliżej jej do półdzikiego zwierzątka niż pełnoprawnej „ludzkiej” istoty. Generalnie widać, iż duet jest zgrany i sympatyczny, łączy go specyficzna przyjaźń, jednak o jakichkolwiek głębszych uczuciach nie ma mowy. Ponieważ obydwoje mają podobne doświadczenia, rozumieją się bez słów, acz ich związek opiera się raczej na zaufaniu i wierze w umiejętności partnera niż na „powinowactwie traum”. Bardzo się cieszę, że autor nie drążył tego wątku, pozwalając bohaterom żyć w miarę normalnie, bez konieczności ciągłego przypominania sobie, jak bardzo mają przekichane. Znaczy, przeszłość ma znaczenie i przewija się bez przerwy, ale nie blokuje Ayame i Orochiego, gdyż ich silne osobowości nie pozwalają na to. O pozostałych postaciach nie da się napisać zbyt wiele, ponieważ przedstawiając przeszłość ich rodów, pan Gunsou niekoniecznie przybliżył nam konkretne osoby. Z antagonistami jest jeszcze gorzej, gdyż główny winowajca pozostaje w ukryciu, chociaż jego tożsamość zostaje wyjawiona, a jego pomagier to zaledwie nic nieznaczący pionek.

Osobą odpowiedzialną za rysunek jest Rusui Kanizawa. Kreska urzekła mnie, chociaż nie wyróżnia się specjalnie, a komiks trudno nazwać arcydziełem. Projekty postaci są ładne i dopracowane, wyglądają efektownie zarówno statyczne, jak i w ruchu. Widać to doskonale w scenach walki, kiedy przedstawiona jest cała sekwencja ruchów Ayame – narysowana z wyjątkową dbałością o anatomię. Do tego dochodzi wręcz widowiskowa dynamika połączona z jasnością przekazu – nie muszę się zastanawiać przez dziesięć minut, czyja to noga, albo gdzie jest ręka bohatera. Oczywiście chyba nie trzeba wspominać, że zarówno Orochi, jak i jego towarzyszka, to prawdziwe cukierki dla oka. Demony są nieco mniej udane, a przynajmniej te pomniejsze, uosabiające klątwy – jeśli ktoś widział reklamę Domestosa, będzie się śmiał podczas lektury komiksu, ponieważ projekty są żywcem stamtąd wzięte. Te potężniejsze są już ciekawsze i mają w sobie coś z jacksonowych (Peter Jackson – reżyser Władcy Pierścieni) orków skrzyżowanych z Obcym i wbrew temu opisowi, to całkiem udane połączenie. Miłą odmianą okazały się tła – obecne, a nawet szczegółowe oraz nieco inne przedstawienie zaklęć. W Ame no Murakumo brak skomplikowanych kręgów, kul ognistych i błyskawic – owszem, rozbłyski światła się pojawiają, ale w mocno uproszczonej postaci. Rusui Kanizawa ma dobry warsztat, potrafi bawić się konturem, sprawnie wykorzystuje proste rastry i łączy je z klasycznym cieniowaniem. Naprawdę, na Ame no Murakumo aż przyjemnie popatrzeć!

Ame no Murakumo to manga, która dużo obiecuje, ale wielu obietnic nie spełnia. Szkoda fabularnego potencjału, może schematycznego i niezbyt odkrywczego, ale przemyślanego i ciekawego. Szkoda bohaterów, z którymi czytelnik zbyt szybko musi się rozstać. Mimo to ten jeden tom potrafi zainteresować i wciągnąć, przy okazji zaskakując wyjątkowo efektowną warstwą wizualną. Nie uważam czasu poświęconego komiksowi pana Gunsou za stracony, ale mam uczucie niedosytu, chociaż lepsze to, niż gdybym miała pluć jadem po pierwszym rozdziale. Nie spodziewam się kontynuacji, chociaż nie obraziłabym się za wersję animowaną, która miałaby szanse przebić oryginał. Nie będę nikomu wmawiać, że to rewelacyjna manga, ale lektura nie będzie boleć, zwłaszcza jeśli rozpoczniemy ją świadomi wad Ame no Murakumo.

moshi_moshi, 16 października 2012

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Mag Garden
Rysunki: Rusui Kanizawa
Scenariusz: Penguin Gunsou