Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Orange

Tom 5
Wydawca: Waneko (www)
Rok wydania: 2016
ISBN: 978-83-80960-01-5
Liczba stron: 240
Okładka
Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja

W końcu nadeszła ta chwila. Czekałam na nią z utęsknieniem już od dawna. Nareszcie, nareszcie, och, nareszcie… (Ciąg dalszy powinien zostać napisany wersalikami, ale naczelna by mnie zeżarła i nawet nie raczyła wypluć, więc musimy sobie to wyobrazić). Nareszcie mogę ostatecznie pożegnać się z tą koszmarną czcionką, na którą narzekam chyba od samego początku i która cholernie przeszkadza mi w odbiorze tak świetnej mangi shoujo, jaką jest Orange!

Mam wrażenie, jakby w tomie piątym brakowało jednego rozdziału. Nic nie poradzę na to, że rozdział siedemnasty z tomiku poprzedniego o wiele bardziej pasowałby mi tutaj (rozdział szesnasty kończy się zresztą bardzo ładnie i daje poczucie zamknięcia pewnego etapu, za to następny jest jakby z zupełnie innej bajki i kończy się nijako) – i cały czas zastanawiam się, czy to mnie się coś nie zgadza, czy doszło tu do jakiejś pomyłki? No, ale mamy na początku ten rozdział osiemnasty, a w nim szóstka naszych bohaterów wybiera się do świątyni, aby uczcić Nowy Rok. Wszystko wydaje się układać całkiem nieźle, jednak z powodu drażliwości Kakeru oraz pewnej niezręczności w posługiwaniu się słowami nienawykłej do wyrażania swoich uczuć Naho dochodzi między nimi do poważnej kłótni, która kończy się wyraźnym życzeniem chłopca, by Takamiya nigdy więcej się do niego nie zbliżała. Mimo listów z przyszłości, mimo pełnego zaangażowania Azu, Taki, Suwy i Hagity, wszystko znowu się posypało. Czy da się to naprawić?

Jak zwykle, w tomiku piątym dzieje się wiele, a jako że jest to już końcówka opowieści, momentami napięcie sięga zenitu. Trzeba uratować Kakeru – dzień jego samobójstwa zbliża się wielkimi krokami – ale do tego należy najpierw naprawić jego relację z Naho, czego nie da się osiągnąć za pomocą osób trzecich. Pozostaje tylko pytanie, czy nieśmiała główna bohaterka, chociaż dojrzewająca z tomiku na tomik, będzie potrafiła się ostatecznie przemóc. Sporym zaskoczeniem, a jednocześnie najciekawszym fragmentem mangi był dla mnie rozdział, który autorka poświęciła na przybliżenie nam tego Kakeru, którego nie udało się uratować – dostajemy w skrócie wszystkie kluczowe wydarzenia, podczas których poszło coś nie tak, wzbogacone o niezwykle pesymistyczne i przygnębiające refleksje chłopca. Ten wtręt został jednak wprowadzony dość niezgrabnie i przyznam, że na początku się pogubiłam – myślałam bowiem, że wciąż czytam o tym Kakeru, którego jeszcze można uratować. Dodatkowo, jeśli kogoś interesowało, jak w ogóle listy dotarły w przeszłość w równoległym wszechświecie, zostaje to w końcu wyjaśnione – słabe to wyjaśnienie i naprawdę nie mam zielonego pojęcia, jak oni tego dokonali (został pokazany jedynie moment narodzin pomysłu, a nie jego realizacji), ale jestem w stanie jakoś to przełknąć. W końcu Orange ma być bajką, gdzie wszystko kończy się dobrze, prawda? Bajki nie muszą być do końca logiczne, za to mogą zawierać trochę magii.

Ostatni rozdział Zakochanego astronauty także zawiera rozwiązanie wszystkich (no, prawie…) problemów, które to rozwiązanie jest, nawiasem mówiąc, równie urocze i banalne jak cała opowiastka. I chociaż bohaterów nie potrafiłabym znieść w dłuższej historii, to naprawdę polubiłam Tatsuakiego – cóż z niego za pocieszne dziwadło!

Prześliczna ilustracja na obwolucie tym razem wyjaśnia nam tytuł mangi – bohaterowie podziwiają bowiem piękny pomarańczowy zachód słońca. Rysunek na okładce pod spodem jest właściwie prawie taki sam – na tych z przodu, przedstawiających szóstkę przyjaciół z czasów liceum, widać niewiele różnic, za to z tyłu… Na obwolucie jest ich piątka, stoją przygarbieni, z opuszczonymi smętnie ramionami i głowami, zaś pomiędzy Naho a Suwą jest niesłychanie wymowne puste miejsce. Pod spodem natomiast… są wszyscy, łącznie z dorosłym Kakeru, a mnie się łezka zakręciła w oku na ten widok.

Cóż można powiedzieć o polskim wydaniu, kiedy ma się rękach piąty z kolei tomik? Na szczęście nie różni się właściwie niczym od poprzednich, jakość druku i papieru jest dobra, a jeśli chodzi o czyszczenie, to mogłabym się przyczepić właściwie tylko do japońskich krzaczków na opakowaniach od słodyczy na którejś tam stronie. Tak, którejś tam, bo numeracja, jak zwykle, prawie nie istnieje, nie chce mi się już na ten temat gadać. O czcionce zdążyłam wspomnieć, jednak tomik piąty ma pod tym względem wybitnego pecha – dawno nie widziałam takiego zagęszczenia tak źle dopasowanych czcionek mających imitować odręczne pismo. Ozdobne litery Hagity są prawie nieczytelne, Taka ma obsesję na punkcie pisania wersalikami i od linijki (u mnie w podstawówce, dawno temu, była taka moda: przykładało się do kartki linijkę i pisało wzdłuż niej, wyglądało to dziwacznie, ale wtedy wszyscy byliśmy zachwyceni), pismo Azu to już śmiech na sali (wyrysowanie konturów i zamazanie środka tych czterech linijek musiało jej zająć chyba wieki), za to Suwa pisze chyba Papyrusem – jedną z najbardziej zakazanych przez webdesignerów i w ogóle ludzi zajmujących się grafiką czcionek.

Tłumaczenie tradycyjnie jest na stałym, niezłym poziomie, nadal jednak zdarza się, że kwestie bohaterów brzmią drętwo (nastolatek mówiący: „Wybacz mi!” brzmi zbyt dramatycznie i teatralnie, zwykłe: „Naprawdę bardzo cię przepraszam” w zupełności by wystarczyło), a czasem wręcz nienaturalnie (w tej kategorii zdecydowanie wygrywa „głupia pinda”, straszliwie zgrzytało mi to wyzwisko – kto tak teraz mówi?).

Ostatnie trzy strony mangi zawierają kilka słów od Ichigo Takano (bardzo mało tekstu, a i tak pojawia się tam literówka…), parę dodatkowych rysunków przedstawiających głównych bohaterów Orange i stopka redakcyjna.

Easnadh, 23 lutego 2016
Recenzja mangi

Tomiki

Tom Tytuł Wydawca Rok
1 Tom 1 Waneko 11.2014
2 Tom 2 Waneko 1.2015
3 Tom 3 Waneko 3.2015
4 Tom 4 Waneko 5.2015
5 Tom 5 Waneko 2.2016

Zapowiedzi

Tom Tytuł Wydawca Rok
6 Tom 6 Waneko 10.2017