Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 kreska: 10/10
fabuła: 4/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 10
Średnia: 5,2
σ=1,89

Wylosuj ponownieTop 10

Forget-me-not

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2001
Liczba tomów: 1
Tytuły alternatywne:
  • フォゲットミーナット
Widownia: Seinen; Postaci: Przestępcy; Miejsce: Europa; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Wielkie biusty

Przepięknie narysowana Wenecja walczy o lepsze z oklepaną intrygą detektywistyczną. Tylko… po jakie licho wmieszano w to wszystko elementy ecchi?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: SixTonBudgie

Recenzja / Opis

Wenecja – któż o niej nie słyszał? Zabytkowa architektura, malownicze kanały, niesamowite miejsca i niepowtarzalna atmosfera. Jeśli ktoś miał dotąd wątpliwości, czy można to wszystko oddać rysunkiem, na dodatek w komiksie, to powinien się czym prędzej ich pozbyć. A pomoże mu w tym Forget­‑me­‑not.

Imari Mariel jest młodą kobietą, która w Wenecji pędzi, zdawałoby się, beztroski żywot, wylegując się całymi dniami nad licznymi kanałami tego miasta. Jednak to nie tak do końca prawda, gdyż rychło okazuje się, iż nasza bohaterka jest detektywem i prowadzi własne biuro, czy raczej – biurko. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż celem Imari pozostaje schwytanie najsłynniejszego złodzieja, Vecchio. Złodziej ten w ciągu czterdziestu lat ukradł niezliczoną liczbę cennych eksponatów, śmiejąc się w twarz policji, która do tej pory nie zdołała nawet określić płci tajemniczego sprawcy. I to pomimo tego, że zawsze ogłaszał przed kolejnym skokiem, gdzie i kiedy uderzy. To wszystko? Skądże znowu! Imari, podobnie jak jej ojciec, jest spadkobierczynią wielkiego majątku po dziadku (z pałacem włącznie) – Venucchim. Jest tylko jeden warunek – aby go otrzymać, konieczne jest złapanie Vecchio i odzyskanie dzieła „Forget­‑me­‑not” (czyli „niezapominajki”). Ojcu Imari to się nie udało. Teraz ona, opuściwszy rodzinną Japonię, próbuje rozwikłać tę sprawę. Ach, nie wspominałem, że ma jeszcze lokaja, który czuwa nad nią i jej potencjalnym majątkiem, dbając o to, by skupiała się na jego odzyskaniu? Nie? Otóż właśnie ma takiego lokaja.

Trochę skomplikowany ten wstęp, ale przecież mamy do czynienia z tytułem detektywistycznym. No, a przynajmniej tak by się mogło zdawać. W mandze będziemy śledzić poczynania Imari, coraz lepiej poznając ją i metody jej działania, a wszystko to tzw. spiralą, czyli zaczynając od ogólnych rysów charakteru bohaterki i spraw zupełnie niezwiązanych z głównym wątkiem, z czasem coraz bardziej zbliżając się do sedna (słynnego Vecchio i prawdziwego charakteru Imari) – oczywiście okrężną drogą. Te pierwsze, drobne sprawy, którymi się zajmuje, są raczej nudne i niewarte uwagi. W zasadzie ich cel jest tylko jeden – przybliżyć czytelnika do wątku głównego. Ich kryminalne aspekty można pominąć milczeniem, z wyjątkiem jednego – parodystycznego. W trakcie lektury czytelnik natknie się nieraz na dziwne elementy, tzn. ogólnie rzecz biorąc jak najbardziej typowe dla tytułów detektywistycznych, ale sposobem przedstawienia urabiające je na kształt parodii. Nie jest ona specjalnie wyeksponowana ani też w żaden sposób nie wpływa na fabułę – owszem, ciągle pozostaje obecna, ale zawsze jakby na drugim planie. Jednak gotów jestem przyznać, że to najciekawszy element całej strony „fabularnej” mangi – przynajmniej w oczach osoby, która niechętnym okiem patrzy na tego rodzaju intrygi. Nie wymienię wszystkiego, co składa się na tę parodię, gdyż musiałbym zdradzić całą fabułę (nie, żeby w jakikolwiek sposób wymykała się szponom schematów…), ale oto kilka przykładów: detektyw, jak wiadomo, często korzysta z kamuflażu, aby ukryć prawdziwą tożsamość – Imari staje się inną osobą, a nie tylko się za nią przebiera; Imari jest leniwa i rzadko coś robi, by nagle, z głupia frant, w finale sprawy, z logiką i dedukcją godną samego Sherlocka Holmesa, wyjaśnić wszem i wobec wszelkie niuanse sprawy (nawet takie, których poznać po prostu nie mogła); po skokach dokonywanych przez Vecchio widzimy odlatujący balon, sugerujący, że to właśnie w nim znajduje się uciekający złodziej – autor kpi tu z często wykorzystywanych w gatunku najdziwaczniejszych środków transportu używanych przez „łotrów” do ucieczki z miejsca przestępstwa, środków tyleż efektownych, co niekonieczne efektywnych (trudno wyobrazić sobie bardziej widowiskowy, a jednocześnie głupszy sposób ucieczki niż balonem – w dzisiejszych czasach). Niestety ta parodia to trochę mało, by zadowolić wymagającego czytelnika. Owszem, w jakimś stopniu może umilić lekturę, lecz nie jest w stanie zastąpić treści. Szczególnie, że tło wydarzeń (rysunek) wręcz domaga się czegoś naprawdę wielkiego na nim osadzonego.

Brak umiejętności wykreowania czegoś wielkiego nie musi być jednak poważnym zarzutem – w końcu całą fabułę można też potraktować jako pretekst do narysowania Wenecji. Taka wykładnia ma jednak spore luki, których nic nie jest w stanie zapełnić – manga sama w sobie wykazuje silny opór przed takim jej potraktowaniem. Początkowo Imari jest narysowana bardzo zgrabnie, a jednocześnie w sposób wpisujący się w nastrój weneckiej scenerii. Ale już po niedługim czasie obraz ten ulega deformacji – Imari nie dość, że ma bujne piersi, to jeszcze jej ubrania zdają się idealnie do nich przylegać, oddając przy tym każdą, nawet najdrobniejszą, wypukłość. I gdy czytelnik mógłby od biedy przymknąć na to oko, pojawiają się sceny „majtkowe” (niby sprytnie wplecione w fabułę, ale jakoś takie niepotrzebne). Ale autor poszedł jeszcze dalej – czytelnik będzie więc mógł „podziwiać” nagie piersi Imari, by na koniec ją całą ukazać bez jakiegokolwiek okrycia (w kontekście lekko ocierającym się o yuri). Takie nagromadzenie zabarwionych erotyką środków nie pozwala na ich pominięcie i potraktowanie jako dodatku do Wenecji. I to jest moim największym zarzutem skierowanym do Forget­‑me­‑not i jej autora – po co to było?

Sama bohaterka także wraz z upływem czasu coraz bardziej grzęźnie w „mizerii”. Dopóki okryta jest mgłą tajemnicy, może wydawać się nawet interesującą postacią, ale czas i z tego ją odziera (jakby odarcie z ubrań nie wystarczało). Jej zdolności detektywistyczne są żadne i polegają wyłącznie na „cudownych olśnieniach” i dedukcji, które są jej własne o tyle, że ona je wypowiada – nie mają źródła w samej fabule. Postacią jest jak najbardziej schematyczną, taką ugrzecznioną i sprasowaną wersją Revy z Black Lagoon – lekkomyślna, leniwa, beztroska, bezwstydna i bezpośrednia. Te pięć przymiotników określają ją wystarczająco dobrze. Z wydawałoby się niewinnej marzycielki wyłonił się obraz jakiegoś, że tak powiem trochę przesadnie, „babiszcza”. Ta inwolucja postaci także rzuciła cień na odbiór całości. Poza Imari w Forget­‑me­‑not przewinie się jeszcze kilka innych postaci, ale wspólną cechą większości z nich jest zdolność do irytowania czytelnika przerysowaniami (oczywiście to nie ich wina, ale ręki, spod której wyszli). Może jedynie Veppo, chłopak, dzięki któremu na dalekim planie mangi można doszukiwać się wątku romantycznego (Veppo­‑Imari), został przedstawiony najsprawniej – choć obawiam się, że to raczej jego specyficzna rola w mandze (bynajmniej nie romantyczna) nie pozwalała autorowi na eksperymenty, jakim nie wahał się poddać innych postaci.

Ale kreska… W zasadzie to ona sprawia, że o Forget­‑me­‑not można mówić także pozytywnie. Znany ze swoich artystycznych zdolności Tsuruta w pełni je tutaj wykorzystuje. Jego Wenecja wygląda jak prawdziwa, aż chciałoby się dotknąć. Jako że sam nigdy w tym mieście nie byłem, nie jestem w stanie ocenić, na ile rzetelnie odzwierciedla ona faktyczną architekturę miasta, ale właśnie tak wyobrażam sobie weneckie uliczki i kanały. Dodatkowo w rysunkach wręcz czuć atmosferę wąskich włoskich uliczek, w których czas jakby zatrzymał się kilkaset lat temu. Nawet banalne treści, umieszczone na tym planie, nie są w stanie do końca zepsuć specyficznego klimatu. Autor bardzo dobrze opanował zdolność łączenia dbałości o szczegóły, sprawiającej, że jego rysunki są bogate, z umiejętnością wykreowania spójnej całości, w której wszystko zdaje się znajdować na swoim miejscu. Miejscami autor potrafił znakomicie wkomponować przedstawiane wydarzenia w wenecką scenerię – tym bardziej szkoda, że nie zawsze mu się to udawało. Postaci, mimo iż zdecydowanie mniej czasu musiało zająć ich narysowanie, także prezentują się dobrze, aczkolwiek autor często sięgał po karykaturę (zbyt często?). Z jednej strony wpisuje się ona w parodystyczne tło mangi, ale z drugiej jest, jak na mój gust, przesadnie wyeksponowana. O tyle, o ile odnajdywanie znajdujących się w tle elementów parodii może być przyjemnością, o tyle bijące po oczach z pierwszego planu karykaturalne wizerunki postaci niekoniecznie cieszą oko i umysł.

Zakończenie mangi w pełni oddaje jej treść – jak najbardziej typowe dla swojego gatunku, a przy tym nadal zachowujące znamiona parodii – i nie wpływa na ocenę całości. A wrażenia mam jednoznaczne – im bliżej końca, tym manga słabsza. Początkowo naprawdę ciekawie się zapowiada, ale prawie wszystko, co ciekawe być mogło, zostało przez autora zmarnowane (ze szczególnym naciskiem na postać Imari oraz wątek główny). Zapewne miłośnicy gatunku detektywistycznego będą czerpali z lektury zdecydowanie większą przyjemność ode mnie, a ich rozczarowanie może być znacznie mniejsze (jeśli w ogóle nie zniknie). Krąg potencjalnych czytelników rozszerzyłbym jeszcze o poszukujących tytułów przede wszystkim dobrych artystycznie – a tej cechy Forget­‑me­‑not nikt nie jest w stanie odmówić.

SixTonBudgie, 28 grudnia 2009

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Kodansha
Autor: Kenji Tsuruta