Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10 kreska: 9/10
fabuła: 10/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 29
Średnia: 7,41
σ=1,88

Wylosuj ponownieTop 10

Priest

Rodzaj: Manhwa
Wydanie oryginalne: 1996-
Liczba tomów: 16+
Wydanie polskie: 2005-
Liczba tomów: 5+
Tytuły alternatywne:
  • 프리스트
Tytuły powiązane:
Gatunki: Horror

Horror metaphysicus w czystej formie, czyli upadek absolutyzmu moralnego wobec zderzenia z problemem teodycei. Tłumacząc bardziej potocznie – rzeźnia umarlaków w wykonaniu księdza ze spluwami i srebrną amunicją.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Mówiąc dość tajemniczo – moja robota wymaga ode mnie pewnej refleksji nad głębiami ludzkiego jestestwa. W pełni naturalne tedy, że należy mi się trochę relaksu, zaś gore w klimacie Dzikiego Zachodu byłoby ku temu w sam raz. Hellsingowe klimaty, tzn. jucha przekraczająca objętość ciał z których wytryska1 ludzie walczący z kompletem noży kuchennych w roli akupunktury, części ciał zadziwiające bogactwem trajektorii – oto czego trzeba na popołudnia Człowiekowi Umysłu. Tego właśnie oczekiwałem od recenzowanego tytułu. Jakże się myliłem. Cóż za potworne rozczarowanie. Pozostaje wystawić 9/10.

Dobrze, dobrze, skończmy te stylistyczne popisy – o czym to? Sprawa jest bardzo prosta. Ojciec Ivan Isaacs jest martwy. I bardzo, bardzo wkurzony. Jego (prawdopodobnie) dziewczyna Gena chyba również jest martwa, to znaczy martwa­‑martwa, ale to jeszcze pogarsza sytuację. Jedyną możliwością rozładowania nieznośnego napięcia jest masakra szwędających się po miasteczkach Dzikiego Zachodu umarlaków, a od czasu do czasu wyżycie się na którymś z ich demonicznych szefów. I tak to w sumie leci przez całą manhwę. Czy o czymś zapomniałem? A tak, o fabule. Całej masie fabuły.

Na początku wszystko wydaje się dość proste. Ojciec Ivan podpisał mroczny pakt z demonem Belialem na skutek nieznanych, ale ewidentnych tragicznych wydarzeń z przeszłości, w związku z czym zamienił się w chodzącą maszynkę do robienia gulaszu. Swoją obecną pracę wykonuje z niekłamanym entuzjazmem i uśmiechem na twarzy, można by więc powiedzieć, że jest człowiekiem spełnionym, gdyby nie nieuchwytność głównego złego – demona Temozareli, któremu plany pogrążenia ludzkości w morzu bólu i rozpaczy zapewniają tytuł najbardziej bezpośredniego szwarccharaktera wszechczasów. Pozornie, jedynie pozornie – co prawda rzeczywiście dąży on do uzyskania maksymalnego stężenia cierpienia i zła w jednostce czasu, ale jest to jedynie środek do osiągnięcia znacznie ważniejszego celu – udowodnienia czegoś Bogu we własnej osobie. Aby wyjaśnić jego motywację, manhwa robi przerwę w głównym wątku zajmującą kilka tomów (!). Dość sporo jak na zwykłą siekankę, a w dodatku opowieść wyjątkowo trzyma się kupy. Można się przyczepić, co więcej – ja to robię, do formy realizacji. Autor wymyślił sobie, że nada Priestowi formę opowieści szkatułkowej, tyle że to określenie nie do końca oddaje skalę zabiegu. Opowieść matrioszkowa brzmiałoby lepiej, a może fraktalna? Akcja z czasów Dzikiego Zachodu bez ostrzeżenia skacze do teraźniejszości, gdzie grupa ludzi czyta notatki Ivana, który wspomina czasy swojej młodości, gdzie natyka się na książkę, która opowiada o wydarzeniach w średniowieczu, gdzie pewien człowiek opowiada, co się działo w czasie wypraw krzyżowych, gdzie pewna istota wspomina czasy powstania świata, i wtedy… już nie mam pojęcia, co kto opowiada. Być może sam autor nie wie, może nawet specjalnie chciał, aby czytelnik również nie wiedział, niemniej znam na to sprytniejsze sposoby niż przerzucanie fabuły po całym Wszechświecie niczym aktywów we współczesnym systemie finansowym. Wszyscy wiemy, do czego doprowadziło to ostatnie.

Poza tą niezręcznością jest bardzo dobrze, ba, wręcz doskonale. Rezygnacja z potrzeby posiadania pozytywnych bohaterów wyszła temu komiksowi na zdrowie – nie trzeba już się przejmować całym tym zwyczajowym idealistyczno­‑sentymentalnym bełkotem, a można skoncentrować na pełnokrwistych postaciach i ich pełnych emocji konfrontacjach. Ojciec Ivan jest na pierwszy rzut oka rzeźnikiem, na drugi (następujący gdzieś z 5 s po pierwszym) postacią tragiczną, ale na trzeci i dalszy nic nie jest już tak oczywiste. Trudno mi znaleźć komiks, który unika moralizatorstwa bardziej niż ten. Tutaj wszyscy są źli i wyjątkowo oszczędnie serwowana jest nadzieja na odkupienie. Ivanowi kibicuje się niejako przez porównanie (w zestawieniu do Temozareli to faktycznie grzeczny chłopczyk), ale cała fabuła opiera się tutaj na wyścigu w dół, nie w górę. Aby zabić Temozarelę, Ivan musi upaść równie nisko jak on, z tego zresztą względu Temozarela go toleruje, zamiast zlikwidować skinieniem palca. Demon Belial poza byciem „mroczną obecnością” również ma swoje do powiedzenia i jest pełnowymiarowym bohaterem. Poza tą trójką jest jeszcze spora grupa postaci drugo-, czy też półtoraplanowych, od przewijających się stale, jak była bandytka Lizzie, wplątana w całą awanturę przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, do pojawiających się jako „bossowie” pomagierów Temozareli. Ci ostatni to klasa sama w sobie – tak wykręconej galerii spaczeń próżno gdzie indziej szukać.

Każdy z pomagierów Temozareli wnosi nie tylko nowe sposoby jatki, ale też pakiet przemyśleń, w dodatku wyjątkowo filozoficznych. Nie przypominam sobie innej mangi/manhwy, która zapewniłaby mojemu zblazowanemu umysłowi taką porcję uczonych rozkoszy. Problem teodycei (odpowiedzialności Boga za zło w świecie) jest tutaj roztrząsany z wielu stron i w ciekawym kontekście1. Ta intelektualna gra bawi, bo jest doskonale wpisana w strukturę komiksu. Bohaterowie nie wygłaszają uczonych uwag przy Bordeaux rocznik 1996, tylko wykrzykują swoją nienawiść i ból w sercu walki. Patetyczne? A jakże, ale konsekwentne i wpisane w konwencję świata. Wszystkie postacie są tutaj wplątane w samonapędzający się krąg bólu i cierpienia, z którego nie widać ucieczki. Uczestnicy przenoszą własną traumę i nienawiść na innych, jakby szukając usprawiedliwienia dla własnych przeżyć i będąc dla świata tak okrutnym i bezlitosnym, jak on był dla nich. Stale przy tym przewija się pytanie o nieobecnego Boga. Zazwyczaj dla Japończyków strój księdza to tylko egzotycznie wyglądający kostium, ale tutaj zachowuje on znaczenie i jest świadomym artystycznym wyborem. Jak to komentuje jedna z postaci, to właśnie z najżarliwszej wiary rodzi się najczarniejsza herezja i ta myśl jest tutaj rozwijana do poziomu, który musi wzbudzić religijne zaniepokojenie myślącego człowieka.

Nie tylko dla rozbudowanych epopei czyta się komiksy, często (w sumie częściej) dla cycatych panienek i smukłych bisho… dla warstwy graficznej, znaczy. I pod tym względem nie zamierzam narzekać, zamierzam chwalić. Jak stwierdził sam autor, Hyung Min­‑woo, rysunek jest inspirowany sławetnym Hellboyem i zapożyczenia, twórczo rozwinięte, widać w specyficznej kanciastości, brutalności kreski i kadrów. Niemal kompletny brak łuków, operowanie mocnymi kontrastami – to nie jest rzecz, do której przyzwyczaiła nas mangowa sztampa. Tego autora poznam wszędzie, jeden kadr wystarczy. Na stylu się nie kończy, poziom dopracowania również pozostaje więcej niż satysfakcjonujący – szczegółów jest całe mnóstwo. W przypadku komiksu tak mocno stylizowanego jak ten nie można mówić o realizmie, ale o konsekwencji, wierności założeniom i wywołanej przez nie immersji i owszem – tutaj na najwyższym możliwym poziomie. Mam niewielkie uwagi do pewnej schematyczności, szczególnie w sylwetkach męskich. Projekty są całkowicie inne od czegokolwiek, co widziałem w innych mangach, ale zbyt zbliżone do siebie nawzajem. Po zmianie fryzury i stroju raczej nie byłbym w stanie części z nich od siebie odróżnić, Indian szczególnie. Owe „odróżniające dodatki” są na tyle pomysłowe, że problem nie drażni szczególnie, ale odnotowuję z recenzenckiego obowiązku.

Nie liczy się tylko jak, ale i co. Dużo estetyki gore, mrocznego Dzikiego Zachodu, w późniejszej części dochodzi mnóstwo estetyki religijnej i mindscrew w najczystszej postaci. Wybaczcie angielski termin (niechże ktoś wymyśli polski odpowiednik), ale w tej manhwie są anioły zszyte z ciał ludzi. Zszyte z ich członków w zdecydowanie nie tym ustawieniu, co trzeba. Naprawdę trudne do zniesienia. Niektóre rozdziały prezentują poziom spaczenia na miarę Shintaro Kago1, a to naprawdę dużo znaczy. Swobodnemu relaksowi przy masakrze żywych trupów autor powiedział stanowcze „Nie”. Grafika ociera się dla mnie o najwyższą notę, brakuje tylko nieco więcej różnorodności.

Dużo treści w tej „mordoklepie”, oj dużo. Człowiek o luźnych poglądach religijnych może na jej podstawie snuć rozważania bez końca (człowiek o bardziej sztywnych nie zniesie pierwszego tomu). Czy Bóg jest moralny? Czym jest cierpienie i jaki jest jego sens? Jakie jest znaczenie wiary? Dobrze, że Min­‑woo nie udaje, że zna odpowiedzi na te pytania, a raczej zachęca do wspólnych rozmyślań. Czyni to z przesadną skromnością, na końcu jednego z tomów przeprasza wręcz za śmieszność swoich prób. Niesłusznie, bo komiczne nie są, wzbudzają pozbawioną sarkazmu radość w sercu podmiejskiego półinteligenta. Ostatnim, największym „ała” jest fakt, że manhwę zawieszono, a jej odwieszenie zależy od łaski autora, która jak słyszałem, na pstrym koniu jeździ. Oby, powiadam, oby.

  1. wysokie ciśnienie tłumaczy też wielometrowe jej fontanny
  2. odstrzeliwywania głów umarlakom, znaczy
  3. sprawdzać na własną odpowiedzialność
Tablis, 10 czerwca 2012

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Daiwon Culture Industry
Wydawca polski: Kasen Comics
Autor: Min-Woo Hyung
Tłumacz: Andrzej Dobrucki

Wydania

Tom Tytuł Wydawca Rok
1 Tom 1 Kasen Comics 8.2005
2 Tom 2 Kasen Comics 11.2005
3 Tom 3 Kasen Comics 3.2006
4 Tom 4 Kasen Comics 5.2007
5 Tom 5 Kasen Comics 1.2008