Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 kreska: 8/10
fabuła: 6/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 5
Średnia: 7,6
σ=1,02

Wylosuj ponownieTop 10

Hokuto no Ken

Charyzmatyczna i inspirująca opowieść o epickim postapokaliptycznym mordobiciu w najlepszym stylu lat osiemdziesiątych. Ze wszystkimi tej epoki konsekwencjami.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Gwazdka

Recenzja / Opis

Wizja atomowej zagłady przeorała umysły społeczności światowej w drugiej połowie XX wieku. To właśnie wtedy największe triumfy święcił gatunek postapo, czyli historie przedstawiające rzeczywistość na Ziemi po atomowej zagładzie. Tytuły takie jak Mad Max, Krew bohaterów, Ucieczka z Nowego Jorku albo Stalowy świt to pomniki tego gatunku. Japonia, w której atomowa trauma była szczególnie silna, nie pozostawała tu w tyle. Jednym z komiksowych kamieni milowych tej epoki i tego myślenia jest Hokuto no Ken – pozycja niezwykle ważna, zaliczana do tytułów, które ukształtowały oblicze komiksu japońskiego. A mówiąc po ludzku – po prostu kawał wyśmienitego shounena i jedna z najbardziej męskich mang, jakie widział świat. Kadrami z niej można by świetnie zilustrować choćby przebój Kayah Testosteron.

Podobnie jak w wielu innych tego rodzaju opowieściach, także i tu wojna atomowa zamieniła świat w pustynię pełną zrujnowanych miast i niewielkich osad, w których gnieżdżą się niedobitki ludzkości. Jednym z ocalałych jest Kenshirou – spadkobierca sztuki walki Hokuto Shinken, polegającej na trafianiu w odpowiednie krytyczne punkty na ciele przeciwnika. Kenshirou, pomimo budzących lęk umiejętności, chciałby po prostu żyć w spokoju ze swoją ukochaną Yurią. Niestety, nie w tej mandze. Porwana przez zazdrosnego rywala Yuria ginie, zaś Kenshirou wędruje przez zgliszcza cywilizacji, za towarzyszy mając rezolutnego chłopaka zwanego Bat i dziewczynkę imieniem Lin. Ta dwójka obserwuje, jak Ken mierzy się z kolejnymi przeciwnikami, których wrogi świat dostarcza mu aż w nadmiarze.

Nieprzyjaciół faktycznie nie brakuje – praktycznie w każdej okolicy czai się jakiś gang złoczyńców lub miejscowy watażka. Wszyscy oni, co do jednego, są napakowani mięśniami w stopniu wręcz groteskowym, co tłumaczyć można chyba tylko wpływem opadu radioaktywnego (kto by pomyślał, że działa on tak dobrze na rozwój masy mięśniowej? Może nasi producenci tego rodzaju środków by się zainspirowali i rozpoczęli organizowanie wycieczek do Czarnobyla?). To daje Kenshirou kolejne okazje do popisywania się swoimi umiejętnościami. Zalicza się do nich w pierwszej kolejności bardzo widowiskowe (i krwawe) masakrowanie przeciwnika zwieńczone jego ulubionym powiedzonkiem: „Jesteś już martwy”. Nie ma znaczenia, ilu jest wrogów czy też jak bardzo górują oni nad Kenem – wynik może być tylko jeden. Ktoś mógłby pomyśleć, że przy takim podejściu do fabuły historia szybko nam się znudzi. W żadnym razie!

Fabuła rozwija się powoli. Z biegiem czasu dowiadujemy się nieco więcej o innych mistrzach stylu Hokuto, z których zagładę przetrwało zaskakująco wielu. To oni są centralnymi bohaterami tej mangi. Nieważne, czy są dobrzy czy źli, zawsze są silni, męscy i charyzmatyczni. To właśnie im ten tytuł zawdzięcza swoją pozycję. Hokuto no Ken żyje bowiem postaciami. Ich wzajemne relacje, starcia, rywalizacja, przyjaźń i wrogość – wszystko to trzyma tę historię na nogach. O ile fabuła nie jest ani odkrywcza, ani zaskakująca, o tyle mangę czyta się dla jej bohaterów. Co więcej, dość szybko czytelnik może się domyśleć, co kogo czeka. A jednak mimo to kontynuuje lekturę. I w tym tkwi w jakimś sensie sekret jej geniuszu i popularności.

Hokuto no Ken składa się z dwóch większych historii rozdzielonych kilkuletnim przeskokiem. Nie skłamię, jeśli napiszę, że ta pierwsza jest dużo ciekawsza. Jej centralną postacią, obok Kena, jest Raoh, potężny wojownik, który postanowił zaprowadzić na świecie swoje rządy, a którego sporo z Kenem łączy. Druga wydaje się napisana nieco na siłę, jakby autor chciał po prostu kontynuować popularną opowieść i musiał szybko coś wymyślić, a nie planował tego od początku. Kenshirou wyrusza za morze, do innego kraju, jeszcze bardziej brutalnego niż ten, w którym do tej pory żył. Tam też dowiaduje się więcej o swojej historii – oraz oczywiście tłucze każdego, kto jest na tyle szalony, aby mu stanąć na drodze. Niby wszystko jest na swoim miejscu, jest nawet czytelny związek fabularny z pierwszą częścią, ale zaczyna już chwilami brakować świeżości. Sam Ken miejscami schodzi jakby na dalszy plan.

Na sam koniec mamy kilkuczęściowy epilog – tutaj więcej miejsca poświęcono Batowi i Lin. W pierwszej połowie ich rolą jest bycie obserwatorami i niejako „objaśniaczami” fabuły. Teraz stają się o wiele ważniejszymi postaciami – i wydaje mi się, że nie jest to szczególnie korzystne ani dla nich, ani dla całej opowieści. Kilka kolejnych finałowych epizodów domyka pewne wątki, ale nie ma już tej siły, jaką miała cała wcześniejsza opowieść. Na moje manga mogłaby się skończyć nieco szybciej. Ale to chyba problem większości popularnych tytułów. Mało który autor ma odwagę powiedzieć „koniec” w momencie, kiedy jego komiks się świetnie sprzedaje, i zakończyć go, póki prezentuje wysoki poziom (chociaż Fullmetal Alchemist dowodzi, że się da…).

Pod wieloma względami manga przypomina mi takie opowieści, jak Gwiezdne wojny czy Władca pierścieni. Czemu? Pełno tu patosu, podniosłych scen, teatralnych gestów, przemów rodem z „Poradnika młodego herosa/lorda zła” i słynnych „męskich łez”. W każdym innym tytule wywoływałyby one rozbawienie. Ale nie tutaj. To znaczy, mogą wywoływać, o ile jest się bardzo odpornym na konwencję. Ale jeśli się ją przyjmie, to odkryjemy, że nadspodziewanie dobrze pasują do całości. Poważnie! Sam byłem mocno zaskoczony, jak łatwo dałem się na ten haczyk złapać i porwać emocjom serwowanym przez autora. A zaręczam, nie brakuje tu scen mocno emocjonalnych. Zwykle pozostaję dość odporny na takie zagrywki, a tutaj – nie. To kolejna z charakterystycznych cech tej niezwykłej mangi.

Swoje robi też wizja świata. Ta manga jest po prostu bardzo dobrze narysowana, rysownik chętnie kreśli epickie wizje zrujnowanych miast, krajobrazy zniszczonego świata. Do tego sceny walk! O ile początkowo wydają się miejscami uproszczone i przesadnie statyczne, bardzo szybko wskakują na bardzo wysoki poziom i pozostają tam do samego końca. Może czasami trochę bawić, że bohaterowie mają nawyk dokładnego tłumaczenia tego, co przed chwilą zrobili, i jak to działa – wyobrażacie sobie coś podobnego w trakcie prawdziwej walki? No ale pisałem o konwencji… Tak czy inaczej, pod względem technicznym Hokuto no Ken to świetna manga. Nic dziwnego, że stała się inspiracją dla wielu innych.

No właśnie, jednym z niezaprzeczalnych sukcesów Hokuto no Ken jest wpływ, jaki ta manga miała na kolejnych twórców. Autorzy tacy jak Kentarou Miura (Berserk) czy Hirohiko Araki (JoJo's Bizarre Adventure) wprost przyznawali, że to właśnie przygody Kenshirou były dla nich jedną z głównych inspiracji, co widać wyraźnie w ich komiksach. Wpływy tej mangi znajdziemy także w takich seriach gier, jak Double Dragon czy Mortal Kombat (w końcu skąd wzięło się słynne fatality?).

Hokuto no Ken jest pozycją z lat osiemdziesiątych i niesie ze sobą cały bagaż tamtej epoki. Nie mówię wyłącznie o kwestiach związanych z postapo. „Męskość”, która wylewa się tu z każdego kadru, może dziś wyglądać groteskowo i sprawiać wrażenie afiliacji manosfery podniesionej do potęgi over 9000. Kontrastuje ona z podejściem do kobiet. Ich rolą w Hokuto no Ken jest patrzeć, podziwiać, cierpieć albo być porywanymi. Żadna z nich nie ma szans wykazać się czymś więcej, a gdy próbuje, źle się to dla niej kończy. Z drugiej strony, gdyby porównać Hokuto no Ken z późniejszymi mangami Buronsona, takimi jak Heat czy Król Wilków, to zauważalna jest grzeczność – kobieta może tu zostać obmacana albo obrażona, ale to wszystko. W swoich późniejszych tytułach autor szedł o wiele dalej, jeśli chodzi o znęcanie się nad bohaterkami.

Czy Hokuto no Ken jest dobrą mangą? Trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Jak pisałem wyżej, operuje ona bardzo szczególną konwencją i jeśli ją zaakceptujemy, to będziemy się wyśmienicie bawić, przynajmniej przez pierwszą połowę. Tak było w moim przypadku. Ale spotykałem się często z komentarzami, że jest to tytuł przesadzony, śmieszny, staroświecki i naiwny. Jednakże, co warte zaznaczenia, pisali te słowa ludzie, którzy tak czy siak czytali uparcie kolejne rozdziały. Więc może jednak magia tej serii wciąż działa? Chyba najlepiej po prostu sprawdzić to samemu. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem, więc nie miejcie pretensji, kiedy nawet nie zauważycie, że czytacie rozdział za rozdziałem, jęcząc z powodu staroświeckości, ale jednocześnie kibicując Kenowi w jego kolejnych zmaganiach.

Agathocles, 12 listopada 2021

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Gutsoon! Entertainment
Autor: Buronson, Tetsuo Hara