Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 kreska: 5/10
fabuła: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,40

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 88
Średnia: 7,83
σ=1,22

Wylosuj ponownieTop 10

Shaman King

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 1998-2004
Liczba tomów: 32
Tytuły alternatywne:
  • シャーマンキング
Widownia: Shounen; Postaci: Duchy, Samuraje/ninja; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce

Po raz kolejny w spektakularny sposób uratujemy świat? Tak, tak, proszę nie wzdychać.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: cissy

Recenzja / Opis

Czy wam też wydaje się, że nie ma nic bardziej oklepanego, komercyjnego i rozciągniętego w każdy możliwy sposób jak serie o ratowaniu świata? Moje podejście do tej skądinąd dość długiej serii, jaką jest Shaman King, było z początku okraszone miernym entuzjazmem i nie mogę ukryć, że na moją ostateczną ocenę z pewnością miał wpływ klimat nadchodzącego końca, który w mangach shounen zawsze musi wzbudzać emocje z gatunku „ja chcę jeszcze!”. Z niewiadomych względów świadomość, że nie ma już nic dalej, zawsze mnie rozczula.
Ale po kolei.

Na początek pozwolicie, że milczeniem pominę „wstęp do akcji”. Początki uwielbiam niemalże tak samo jak zakończenia i sądzę, że szkoda komukolwiek psuć radości z dowiadywania się, jak wyglądało normalne życie bohaterów, nim nadeszła fabuła. Jednym z punktów stałych każdej szanującej się mangi o supermocach, walkach ze złem tudzież innych, niesamowitych przygodach jest przecież zwyczajny, sielankowy (lub nie) początek, który zwiastuje, że coś nagle w artystyczny sposób zburzy dotychczasowy porządek świata. Znane? Znaaane…

Shaman King jest, mówiąc bardzo ogólnie, historią o ludziach wybranych do bycia szamanami. I nie chodzi tu o pstrokatych dzikusów, tańczących wokół ogniska (choć czasem miałam wrażenie, że ten opis z pewnych względów także tu pasuje). Każdy szaman ma swojego ducha – wiernego towarzysza broni – z którym staje do walki z innymi szamanami, by w ostatecznych rozgrywkach (AKA „wielkim turnieju”) wygrać i zostać Królem Szamanów. Klasyczne, nieprawdaż? Łatwo się domyślić, że sporą część fabuły zajmą walki, w których różne dziwadła pokażą swoją niesamowitą moc.

W świat jakże ciężkiego życia szamana wprowadza nas świeżo upieczony właściciel ducha, You, za którym z tych czy innych powodów kręci się jego nowy najlepszy przyjaciel o imieniu Manta. Obaj są jeszcze na etapie szkolnym, przez co nasuwa się pytanie, czy Japończycy uczą swoje dzieci od małego, że trzeba walczyć o lepszy los. Zawsze, gdy znajduję w mandze kolejnego „młodego zdolnego”, zaczynam zastanawiać się, czy w jego wieku też miałam zadatki na bycie geniuszem zdolnym ocalić naszą planetę. Jednakże krytykowanie autorów za taki, a nie inny dobór postaci byłoby okrutne, bo zbyt wiele dzieł powstało w oparciu o młodziutkich superbohaterów. Kolejny gwóźdź do trumny powtarzalności dla Shaman King. Na tym etapie można uznać, że poznaliśmy głównych bohaterów. You po chwili zbierze wokół siebie wianuszek innych równie ważnych postaci, którzy będą bardziej lub mniej emanować do niego miłością. Oczywiście pozostaje jeszcze pytanie dnia: czy You uda się zostać Królem Szamanów i godnie sprawować tę trudną rolę?

Cóż, jak zawsze musi znaleźć się tu ktoś, kto zagrozi światu. Ktoś, komu nie będzie chciało się użerać z bandą przewijających się przez fabułę postaci i radośnie wyeliminuje ich w sposób, którym nie zyska sobie sympatii. Tak, oszołom, którego hucznie można określić jako Ten Wielki Zły. Jego obecność w historii to również oczywista oczywistość (jakkolwiek by to nie brzmiało) – rzecz, którą można odkreślić na liście „rzeczy do zrobienia”, pisząc kolejną fabułę opartą na walce dobra ze złem. Wielkim Złym okaże się być brat bliźniak You – Hao, którego historia jest dość zagmatwana i nie ośmielę się jej wyjawiać. Czy komuś sprzeczki rodzinne także pachną klasyką?… Wobec takiego obrotu wydarzeń pytaniem będzie teraz: czy You uda się pokonać potężniejszego od siebie własnego klona i ocalić ten padół łez? Nie zdziwię się, jeśli ktoś powie, że mało go to obchodzi.

Jak widać po tym opisie, mamy już kompletną listę składników: młodego bohatera z takimi czy innymi zdolnościami, jego wiernych pomocników, złego konkurenta, a gdzieś tam nawet przewija się wielbicielka gotowa w każdej chwili zrobić z niego swojego małżonka. Wrzucić do garnka, zamieszać i mamy zupę w stylu klasycznym.

Odchodząc od kulinarnych skojarzeń, na wyjściu otrzymaliśmy historyjkę, których było miliony i będzie jeszcze więcej, z wiodącym tematem umiłowanym przez wszystkie nacje, ale przez Japończyków zdecydowanie najbardziej (sądząc po ilości podobnych pozycji z Kraju Kwitnącej Wiśni)… Niektórzy to kochają, inni wymiotują na samą myśl, że znowu mieliby przez to przechodzić. Cóż, kwestia gustu.

Skoro fabuła jest tak totalnie oklepana, można by zastanawiać się, czemu moja ocena jest tak wysoka. Ano, powód jest wręcz zawstydzający: na niższą ocenę ta manga nie zasłużyła, mimo że nie jest wcale wybitnym dziełem. Zasadniczo uważam się za ostatnią osobę, która powinna czytać takie historie, bo zawsze kojarzą mi się z setką innych i o obiektywizm bardzo trudno. Patrząc jednak na kilka czynników, nie mam serca uważać Shaman King za byle jaką opowiastkę.

Na początek opowiem o czymś, co zwykle nie jest świadomie doceniane przez czytających, a mianowicie o klimacie historii. Podczas czytania odniosłam wrażenie, że jest on dość szorstki i chłodny. Od pewnego momentu robi się w dodatku niemiłosiernie poważny i coraz rzadziej można zobaczyć bohaterów w trakcie walki wręcz z przeciwnikiem. Oschły ton historii po prostu nie pasowałby do klasycznych kopniaków i uderzeń z zaskoczenia. Jako osobie, która niecierpliwie przewija podobne sceny, narzekając na to, jak bardzo się nudzi, nie mógł mi się taki obrót spraw nie spodobać.

Wspomniane zostało też, że gatunek przygodowy przeplata się tu z dramatem, co właściwie nikogo nie powinno dziwić. Niemalże każda manga shounen jest po brzegi wypełniona tragediami. W Shaman King trudno mi jednak tak naprawdę dostrzec przesyt tragicznymi historiami, a dylematy wewnętrzne podparte tu są raczej filozoficznym gdybaniem niż roztrząsaniem przeszłości, które zawsze bardzo mnie denerwuje. Co więcej, fabuła obfituje w śmierć, często zupełnie niepotrzebną i średnio widowiskową. Można wręcz powiedzieć, że pozbawiona jest emocji, wzruszającej oprawy i przejmującego, dłużącego się milczenia, lecz takie obojętne podejście do spraw umierania potrafi nawet silniej uderzyć w czytelnika.

Niekiedy miałam nawet ochotę powiedzieć, że Shaman King ostrożnie balansuje na granicy shounen i seinen. W moim odczuciu przeciętny odbiorca serii pod szyldem „ratujmy świat” znudzi się przegadanymi scenami i skoncentrowaniem na wewnętrznej (a nie fizycznej) sile bohaterów. Nie wolno zapomnieć, że mamy w tej mandze do czynienia z młodzieżą najczęściej dość lekkiej budowy, której siła ma wartość ograniczoną. Duchy, które w zamyśle miały pomagać, czasem wydają się być odsunięte od akcji. Nie wspominając już o tym, że większość scen walk została urwana po to tylko, by pokazać ich efekt (najczęściej dość krwawy). No, zero dramatyzmu.

Jakby tego koncertu życzeń było mało, te walki, które zostały przedstawione, bywają wręcz okrutnie brutalne, a jedna ze scen to niemal szokujący pokaz sadyzmu. Momenty, które prowokują do pytania „po co to czytam?” nie pasują mi jakoś do, co by nie mówić, łagodnej w konstrukcji przeciętnej mangi shounen (albo czytam nie te tytuły, co potrzeba). Bezduszna brutalność pewnych scen spotyka się tu z ogólną dezaprobatą, ale próżno szukać późniejszego karania winnych. Źli ludzie, którzy nie zostają ukarani? Jakiś fenomen.

Patrząc przez pryzmat powyższego zdałam sobie sprawę, że historia jest nieco wyprana z moralizatorstwa, co może ucieszyć. Zakończeniu z kolei daleko do happy endu i jest na tyle otwarte, że można by zastanawiać się, czy coś nie zostało niedopowiedziane. Mam też nieodparte wrażenie, że autor chciał skończyć na równej liczbie rozdziałów (wyszło ich dokładnie trzysta) i niektóre rzeczy specjalnie pozostawił domysłom. Nie poczułam się jak dziecko, któremu nie wyjawiono końca bajki, więc nawet jeśli urwanie fabuły nie było zaplanowane, wyszło całkiem kształtnie. Dodatkowo… Nieoczekiwana, dość zaskakująca puenta Shaman King stała się dla mnie poprzeczką, którą ciężko będzie innym historiom przeskoczyć. Ale nic więcej nie powiem.

Bohaterowie jak zwykle w takich seriach stanowią ciekawy zbiór osobliwości, które nagle decydują się pracować razem. Mimo częstych deklaracji odniosłam wrażenie, że nie stanowią zgranej kupki przyjaciół i poza pewnymi wyjątkami nawet podchodzą do siebie z pewnym dystansem, a to, że pracują razem, to wina okoliczności. W przeciwieństwie do anime stworzonego na podstawie mangi, radosna atmosfera przyjaźni została tu przystrzyżona. Tak naprawdę rozłożenie tej zgrai na „dobrych” i „złych” sprawia mi pewne problemy. Bohaterom zdarza się zmieniać strony (gdyż dobro ma tutaj wiele twarzy, nie zawsze kryształowych), oddzielać od reszty, iść własną drogą, wracać i robić inne roszady personalne. Ci, którzy kilka rozdziałów temu byli godni potępienia, nagle okazują się całkiem znośnymi towarzyszami broni (oczywiście bez słodkiej oprawy „zawierania przyjaźni”). Rozwój niektórych bohaterów jest wręcz niewyobrażalny, ale częściej okazuje się po prostu odkrywaniem w sobie nowych cech niż nagłą zmianą systemu wartości, co zawsze nieodmiennie mnie denerwuje. Część bohaterów nawet kompletnie nie ewoluuje, co jest niczym innym jak potwierdzeniem faktu, że nie każdy na koniec musi zrozumieć swoje błędy i zmienić się w godnego pochwał osobnika. Moim skromnym zdaniem wypadło to bardzo naturalnie, nawet jeśli niektórzy uznają to za niedopracowanie.

Zabawnym jest też to, że You, który wydaje się być głównym bohaterem, ma tak naprawdę taki sam wpływ na rozwój akcji, co każda inna osoba. Hiroyuki Takei osiągnął najwidoczniej poziom, gdy z powodzeniem może operować kilkoma głównymi bohaterami, bez faworyzowania ulubieńca. Silną pozycję You pośród tej wesołej gromady dają mu prawdopodobnie tylko powiązania z Hao, robiącego tu własnoręcznie najwięcej bałaganu. Co do Hao… Z początku wydaje się być klasycznym złym gościem, którego świat nieuczciwie potraktował i którego napędza teraz koło nienawiści. Ot, typowy wredny bohater w konwencji japońskiej, którego wprawny adwokat mógłby nawet wybronić, gdyby tylko chciał. Po zagłębieniu się w jego psychikę, można jednak odtworzyć zgoła inny obraz i w pewnych kwestiach trudno mi było nie przyznać racji jego myśleniu. Jego los jest do samego końca wielką niewiadomą.

Grafika, szczerze mówiąc, nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie. Ot, taki przeciętniak. Postaci są bardzo charakterystyczne, co czasem przejawia się w naprawdę dziwnie narysowanych częściach twarzy czy specyficznych fryzurach. Jak już wspomniałam, ogromna część bohaterów to niedojrzała młodzież, co w połączeniu ze specyficzną kreską autora daje nam komiczną grupkę chuderlaków z dziwnymi proporcjami. Można ich uznać nawet za słodkich. Albo za koślawych. Nie nazywałabym ich specjalnie ładnymi, a szukanie tu bishounenów może przyprawić o atak śmiechu. Zostańmy przy tym, że są uroczy. Mimo uproszczeń, totalnego braku rastrów czy cieniowania, kreska jest bardzo plastyczna, a mimika postaci – lekka i wyważona. Zmarszczki na ubraniach czasem wywoływały u mnie uśmiech, ale kto by się tym przejmował? Ważne jest natomiast to, że kadry są rysowane bardzo lekko, bez zbędnych udziwnień, czasem rozbrajają prostotą. W kanciastych mordkach można dostrzec cień pasji rysownika… Jeśli chodzi natomiast o rysowanie scen walk, to za to należy się komuś parę klapsów. Nagromadzenie linii ruchu, rozbłysków świetlnych, pojawiających się elementów uzbrojenia… i wielu innych dziwnych rzeczy powoduje, że trzeba się dokładnie przyjrzeć, by wyłuskać cokolwiek z takiego kolażu. Odetchnęłam z ulgą, gdy kolejne walki pominięto milczeniem.

Właściwie sama nie potrafię dokładnie wytłumaczyć, dlaczego uznaję tę mangę za wartą przeczytania. Trzysta rozdziałów to nie coś, co można łyknąć za jednym zamachem, a czas przeznaczony na czytanie można by przeznaczyć na robienie czegoś bardziej ambitnego. Jeśli jednak macie ochotę na koniec ostro się zdziwić/rozczarować (niepotrzebne skreślić), być może dotrwacie do końca. A jeśli komuś wydaje się, że połknięcie pigułki, jaką jest odarte z większości ciekawych elementów anime, będzie drogą na skróty, będę musiała zaoponować, bo z gorszą ekranizacją jeszcze się nie spotkałam. Czy to jednak wystarczający powód, by to czytać?

Nie. Mnie urzekła sucha, groteskowa oprawa, która tylko co jakiś czas pozwala kurtynie opaść i pokazać szczątki wrażliwości pozostałej w bohaterach. W shounenowych historiach zwykle najważniejszy jest rozwój akcji, a tu – ośmielę się stwierdzić – jej rozwiązanie. Miło jest powspominać niektóre fragmenty, acz nie przeczytałabym tego po raz drugi. Nie teraz, gdy jestem jeszcze (a minęło już parę miesięcy) w fazie roztrząsania tej opowieści. Nie pozostaje mi nic innego jak tę mangę polecić chętnym. I kropka. Nie będę na siłę wyznaczać grup docelowych (poza tą, która chce przeczytać jak kolejny raz ktoś ocala nasz glob), gdyż te powinny same wyklarować się po przemyśleniu tej recenzji. Bez przesadnego dramatyzowania…

Na koniec chciałabym natomiast wyrazić niewyobrażalną radość z tego, że Shaman King jest… zakończone. Przeciąganie historii mogłoby tylko sprawić, że stałaby się kalką tasiemców, które nieustannie puszczają do czytających oczko, sugerując, że zaraz walka zostanie zakończona, a świat znowu przetrwa kryzys niczym Europa po wojnach. Sam fakt zakończenia jest w przypadku takich serii zaskakujący. A czy komuś wynagrodzi to rozwleczony miąższ?… Cóż, odpowiedź na to pytanie zostawię już czytelnikom.

Garcinda, 25 czerwca 2010

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Shueisha
Autor: Hiroyuki Takei

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Shaman King na forum Kotatsu Nieoficjalny pl