Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

NiuCon 8 - konwent

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 kreska: 7/10
fabuła: 5/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,50

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 10
Średnia: 7,7
σ=1,27

Recenzje tomików

Wylosuj ponownieTop 10

Seraph of the End: Serafin Dni Ostatnich

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2012-
Liczba tomów: 13+
Wydanie polskie: 2016-
Liczba tomów: 5+
Tytuły alternatywne:
  • Owari no Seraph
  • 終わりのセラフ

Wampiry oraz ludzkość w towarzystwie aniołów i demonów walczą o przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Postapokaliptyczna sałatka z cierpieniem, siłą przyjaźni i innymi tego typu bzdetami.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Pewnego dnia niezidentyfikowany wirus zdziesiątkował mieszańców Japonii (i przy okazji resztę świata), oszczędzając jednak dzieci do trzynastego roku życia. Na zgliszczach cywilizacji nowe imperium postanowiły stworzyć ukrywające się do tej pory wampiry, a ocalałych z kataklizmu ludzi zamknąć w wielkich podziemnych miastach jako źródło pożywienia. Od tego momentu mijają cztery lata i wychowująca się w jednym z krwiopijczych siedlisk grupa sierot pod wodzą dwunastoletnich Yuuichirou i i Mikaeli planuje ucieczkę. Próba wydostania się na powierzchnię kończy się całkowitym niepowodzeniem – większość dzieci ginie z ręki wampirzego arystokraty, ale jednemu z chłopców udaje się uciec. Znajduje on niespodziewany ratunek w postaci trójki wojskowych, którzy zdawali się wręcz na niego czekać. Pełen żalu i gniewu Yuu wstępuje do armii, by zemścić się i odkryć pilnie skrywane tajemnice świata, ale los zgotuje mu jeszcze niejedną przykrą niespodziankę…

W przeróżnych tworach literacko­‑filmowych człowiekowi już nie raz, nie dwa przyszło walczyć z postapokaliptyczną „zarazą”. Nie po raz pierwszy również w tej roli widzimy wampiry, które wykorzystały słabość ludzkości i rozpanoszyły się na wyniszczonej Ziemi. Zarówno motyw walki o przetrwanie w świecie przeoranym przez kataklizmy, jak i krwiopijcy, to tematy popularne, ale stanowiące całkiem wdzięczny i pojemny wyjściowy pomysł na fabułę. Nie trzeba od razu tworzyć oryginalnej czy ambitnej historii – wystarczy odrobina ciekawie zakomponowanych przypraw, aby przygotować danie znane, ale smaczne. Proste, prawda? No właśnie niekoniecznie…

Powstające od kilku lat Seraph of the End łączy dwa wymienione motywy w średnio udanej wariacji, będąc mieszanką dramatu (oj, cierpienia tu dużo) i przygody (choć nie zawsze sensownej) z wątkami wojskowymi (acz mam wrażenie, że armia nie powinna w ten sposób działać) oraz całkiem sporą ilością tajemnic (mrocznych!) w sosie pseudoreligijnym (bo sam tytuł to niezbyt subtelne nawiązanie). Trudno jednoznacznie ocenić całość, ponieważ historia nadal trwa i jeszcze wiele się może zmienić, ale wydaje mi się, że ilość dostępnego materiału w zupełności wystarcza, by wyrobić sobie opinię o poszczególnych elementach opowieści. Przynajmniej na tym etapie.

Scenariusz jest bardzo istotny, ale można również zacząć od próby oceny świata przedstawionego. Jak zwykle w przypadku tego typu historii, ma on spory potencjał, ale w tym przypadku składa się głównie z nagromadzonych schematów i pod wieloma względami pozostaje jedną wielką, mocno zaniedbaną niewiadomą. Nie zależy mi na tym, żeby twórcy poświęcali całe rozdziały na szczegółowe wyjaśnienia, bo świat w dużej mierze oparto na znanej na co dzień czytelnikowi, choć nieco zmaltretowanej rzeczywistości, ale aż prosi się o jakieś konkrety. Teoretycznie można na to przymknąć oko, sporo osób z doświadczenia będzie wiedzieć, jak te pomysły umownie (nie)działają, ale niektóre rzeczy naprawdę trudno zignorować. Dotyczy to niemal wszystkiego – od tego, jak i dlaczego akurat w taki sposób funkcjonują bastiony (kto by pomyślał, że w czasie postapokalipsy nastoletni żołnierze będą sobie beztrosko do szkoły chodzić…), w których zabarykadowali się ludzie (resztę świata okupują wampiry, a po zrujnowanych terenach niczyich grasują krwiożercze potwory), na strukturach władzy, czyli wojska, skończywszy (a coś mocno jest nie tak, jeśli nawet kompletny laik nie widzi w wielu posunięciach najmniejszego sensu). Troszkę lepiej wygląda przedstawienie wampirzej społeczności, ale jakby bliżej się jej przyjrzeć, to też można znaleźć kilka wątpliwych kwestii. Z kolei wyjątkowo widoczne nawiązania do chrześcijaństwa i europejskich przekazów o wampirach ograniczają się w znacznej mierze do nazewnictwa i występują w roli atrakcyjnych (acz to kwestia gustu) ozdobników.

Oparty na oklepanych i odrobinę niepewnych podstawach scenariusz nie musi być zły i nie można zaprzeczyć, że Seraph of the End ma interesujące założenia fabularne – walka o przetrwanie w zrujnowanym świecie to jedno, ale jeśli dołożymy do tego konflikt dwóch w miarę zrównoważonych i nieprzebierających w środkach sił, robi się nieco ciekawiej. Zarówno ludzkość, jak i rasa krwiopijców chcą wygrać tę walkę za wszelką cenę, zaś autor nie stosuje sztywnego podziału na dobro i zło. Brudna walka, w której wszystkie chwyty są dozwolone, jest znacznie bardziej atrakcyjna dla nielubiącego sztucznych i wyraźnych podziałów dojrzałego czytelnika. Wampiry to pragmatycy, którym zależy nie tyle na rządach absolutnych (chociaż jak jest okazja, to czemu by jej nie wykorzystać), a na przetrwaniu. Do tego niezbędna jest pełna spiżarka w postaci ludzkości, która z kolei zostaje przedstawiona jako znacznie bardziej zdesperowana, okrutna i gotowa zniszczyć wszystkich i wszystko, byle tylko odzyskać „spokój” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Starcie tych dwóch stron to całkiem niezła podbudowa fabuły, ale nawet w świetle kolejnych faktów dotyczących zakrojonej na szeroką skalę intrygi (niektóre dziwnie wygodne zbiegi okoliczności da się wyjaśnić), które powoli (bardzo powoli) wychodzą na jaw, trudno wszystkie posunięcia uznać za sensowne. Dotyczy to sytuacji ogólnej, która może jeszcze ulec zmianie, ale bardziej szczegółowo nakreślonym wątkom również można sporo zarzucić. Mam tu na myśli głównie przygody głównych bohaterów, którzy nazbyt często mają szczęście w walce o przetrwanie, i którym zbyt wiele uchodzi na sucho w starciu z prawem wojskowym, chyba tylko dlatego, że grają pierwsze skrzypce. Los w postaci scenarzysty nie dla każdego bywa łaskawy, ale w różnych miejscach widać, jak na siłę stara się przeforsować przeróżne rozwiązania fabularne. Niektóre strategie nie do końca do mnie przemawiają, chociaż może coś się jeszcze wyjaśni… Sporej liczby rzeczy można się spodziewać, bo nieśmiertelne schematy zawsze i wszędzie znajdą drogę na scenę (jak już nieraz im się to w tym tytule udało), ale miejmy nadzieję, że jeszcze zostaniemy pozytywnie zaskoczeni.

Niezastąpione motywy cierpienia i siły przyjaźni w tym przypadku stanowią główny motor historii. Wystarczy spojrzeć na opis, żeby zorientować się, że Serafin Dni Ostatnich do najweselszych opowieści nie należy i Takaya Kagami dba o to, by przypominać nam o tym fakcie odpowiednio często. Czytelnicy są przecież w stanie znieść całkiem spore ilości patosu i dramatu, jeśli tylko ich ilość nie jest przytłaczająca i dobrze uzasadniona. Cóż, z uzasadnieniem jest jak zwykle, cierpienia bohaterów są dość standardowe i średnio poruszające, a pogłębianie ich na siłę wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego i czasem nawet robi się zabawnie. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że mimo nagromadzenia oklepanego tragizmu, zdarzają się pojedyncze chwile, kiedy bywam pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się Więcej i Bardziej, a kończy się w miarę przyzwoicie. Gorzej przedstawia się motyw występujący w większości shounenów – siła przyjaźni – wielka, niezłomna i w tym przypadku wręcz nieśmiertelna, wciskana wszędzie tam, gdzie się da, nawet jeśli rozsądek nie tyle podpowiada, co wrzeszczy, że daną kwestię powinno się rozwiązać inaczej. I pal sześć, gdyby twórcy poszli tropem „pokazuj, nie mów”, ale w mniej więcej dziewięćdziesięciu procent przypadków korzystają z łopaty. Do tego dość często w poważniejsze wątki wplatają sceny lekkie, które nie zawsze tam pasują.

Obsada w znacznej mierze przypomina fabułę, bo również jest to zbiór ciekawych pomysłów pomieszanych z wysłużonymi schematami. Mangacy starają się nie oddzielać dobra od zła, ale bardzo wyraźnie zależy im na tym, by z protagonistów zrobić moralny punkt odniesienia. I to naprawdę widać, bo co prawda mają oni jakieś tam osobowości, ale tym co ich głównie definiuje, jest siła przyjaźni i to, w jakim stopniu stanowi ona ich siłę napędową. Charaktery dwóch protagonistów z początku można podsumować prostymi określeniami: Yuu to młody nieokrzesaniec z motywacją „zabić je wszystkie”, a jego kolega Mikaela (chyba nikt nie ma wątpliwości, że chłopak przeżył próbę ucieczki, prawda? Zresztą autorzy też nie robią z tego faktu wielkiej tajemnicy) to udręczony wampir, który pogrąża się w prywatnej otchłani rozpaczy (niby ma po temu powody, ale ile razy już to widzieliśmy i to w odsłonach znacznie mniej martyrologicznie nastawionych). Ten pierwszy to lekkomyślna i średnio rozgarnięta Zosia­‑samosia z niewyparzoną gębą, która najchętniej nikogo by nie słuchała (ciekawe, czemu za tak jawną subordynację nie wyrzucili go jeszcze z wojska albo przynajmniej porządnie nie ukarali…), acz dobrze wiemy, że w głębi duszy bardzo zależy mu na najbliższych (w końcu zdobywa grono przyjaciół), wszystko dla nich zrobi i wszystko im wybaczy (żeby być kompasem moralnym dla czytelnika…). Z czasem jego charakter ulega nieznacznej zmianie (czy bardziej nagłej transformacji) i Yuuichirou robi się nieco spokojniejszy i mniej irytujący, ale głupota i paplanie o przyjaźni są w jego przypadku nieuleczalne. Bardzo dzielnie kroku dotrzymuje mu zwampirzony Mika, który z uroczego i sprytnego dzieciaczka ze skłonnościami do poświęceń zmienił się w zdesperowaną kupkę nieszczęścia ze skłonnościami do poświęceń. Ale tylko w stosunku do jednej osoby, tego jednego, jedynego przyjaciela, któremu uratował przed laty życie. Nasz nastoletni wampir z lubością nurza się w swoim cierpieniu i ma wręcz obsesję na punkcie Yuuichirou, a przy tym jest wyjątkowo nieufny i mrukliwy. W porządku, życie przejechało po nim walcem, ale nie trzeba być aż takim cierpiętnikiem, który do znudzenia powtarza, jacy to wszyscy są źli i czego to on nie zrobi, żeby uratować Yuu. I tak w kółko. Relacje tej dwójki mogłyby być ciekawym przykładem „przyjaciół po przeciwnych stronach barykady”, ale uwieszenie się na wspomnieniach z dzieciństwa, nieprzerwane zapewnienia o sile przyjaźnie (ile to już się w tym tekście pojawiło?) i konieczności ratowania nie tworzą wiarygodnej chemii, choć zdarzają im się pojedyncze niezłe scenki.

Do duetu protagonistów dołącza jeszcze kilka duszyczek: nastoletni koledzy z grupy Yuuichirou, kilkoro wyżej postawionych wojskowych oraz pojedynczy przedstawiciele wampirzej arystokracji. Jest to gromadka różnorodna, ale niekoniecznie oryginalna i raczej charakterologicznie standardowa, choć niektórych da się lubić… Acz obowiązuje pewna zasada: łatwiej polubić tych, o których mniej się wie, bo wtedy można sobie samemu coś dopowiedzieć, a nie zawsze to, co twórcy serwują na talerzu, jest zadowalające. Z trudem skompletowana drużyna głównego bohatera pod dowództwem niejakiej Shinoi Hiiragi to zbiór typowych nastolatków z dwiema lub najwyżej trzema definiującymi cechami (charakterna dziewuszka z ciętym językiem, gburowaty geniusz, temperamentna tsundere i pozorna ofiara losu, która jak chce, to potrafi), wszyscy mają tragiczną przeszłość i nieważne, jak nieprzystępni by się nie wydawali, wszyscy wierzą w przyjaźń. Wśród oficerów ludzkiej armii prym wiedzie wybawca Yuuichirou, Guren Ichinose, który nie przebiera w słowach i w środkach, ale zależy mu na podopiecznych. We mnie największą sympatię paradoksalnie wzbudziły najbardziej zepsute, wyrachowane i najmniej przejmujące się sytuacją wampiry – ich wyluzowane podejście, tumiwisizm i czasami bezcelowe okrucieństwo stanowią powiew świeżości w zatęchłym środowisku traum i cierpienia. Trudno nazwać je głębokimi (niewiele o nich wiemy, prócz tego, że mają dużo lat i bardzo się nudzą), ale to lepsze niż nieskończone pokłady cierpienia i naiwnej wiary w przyjaźń. Przeważająca większość, z nielicznymi wyjątkami (o których dokładniejsze pisanie może popsuć wrażenia z dalszej lektury, więc się powstrzymam), to bezbarwny tłum mięsa armatniego, ofiar lub wrogich oddziałów, które robią to, co akurat scenarzyście przyjdzie do głowy.

Kreska odpowiedzialnego za rysunki Yamato Yamamoto co prawda nie rzuca na kolana, ale to zdecydowanie najlepszy element tej mangi, bo jest przede wszystkim porządna. Projekty postaci są poprawne anatomicznie i choć nie bardzo wyróżniają się na tle innych, są przyjemne dla oka, a stroje też prezentują się całkiem ładnie (choć żeński mundur z minispódniczką praktycznością nie grzeszy… podobnie jak powiewające peleryny wampirów). Mangaka zdecydowanie woli rysować bohaterów w pustych przestrzeniach, ale tła pojawiają się nie tak rzadko i potrafią być naprawdę szczegółowe (jak na przykład bardzo ładne wnętrza wampirzych miast). Lubi też wykorzystywać przeróżne rastry na ubraniach czy w roli cieniowania, ale na szczęście czytelnik nie dostanie oczopląsu. Kontur i kontrast czerni i bieli są bardzo wyraźnie, kadrowanie raczej standardowe, ale przejrzyste, co widać m.in. w scenach akcji, które mimo dynamiki nie tracą na czytelności. W skrócie: wielkiego szału nie ma, ale też nie ma się do czego przyczepić i można odróżnić ten styl od innych.

Jak już pisałam wcześniej, trudno na tym etapie wydać jednoznaczny wyrok, bo historia w dalszym ciągu się rozkręca i jest jeszcze nadzieja, że niektóre z dotychczasowych wad zostaną naprawione. Nie należy jednak liczyć na cud, bo za nami już ponad dziesięć tomów, które po raz kolejny utwierdziły mnie w przekonaniu, że ciekawy pomysł to nie wszystko, bardzo dużo zależy od sposobu przedstawienia wydarzeń. W przypadku tej mangi niedopowiedzenia i naiwności w przedstawieniu niektórych kwestii (głównie wojskowych), forsowanie banału o wszechmocnej sile przyjaźni, topienie bohaterów (przynajmniej na początkowym etapie) w otchłani cierpienia i momentami dosyć bolesna łopatologia mogą odstraszyć czytelników od tej w sumie nie takiej złej i pod pewnym względami nawet ciekawej (zwłaszcza na aktualnym etapie – jedenastego tomu) postapokaliptycznej przygodówki. To naprawdę średni średniak, który rozgłos zdobył przede wszystkim dzięki ekranizacji. Nie zachwyca, ale też nie rości sobie pretensji do bycia wiekopomnym dziełem, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by dać mu pewien kredyt zaufania. A co przyniosą kolejne tomy, to się zobaczy…

Enevi, 11 czerwca 2016

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): Shueisha
Wydawca polski: Waneko
Tłumacz: Mateusz Makowski
Rysunki: Yamato Yamamoto
Scenariusz: Takaya Kagami

Wydania

Tom Tytuł Wydawca Rok
1 Tom 1 Waneko 8.2016
2 Tom 2 Waneko 10.2016
3 Tom 3 Waneko 12.2016
4 Tom 4 Waneko 2.2017
5 Tom 5 Waneko 4.2017

Zapowiedzi

Tom Tytuł Wydawca Rok
6 Tom 6 Waneko 6.2017
7 Tom 7 Waneko 8.2017