Tanuki-Manga

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Mochicon - konwent

Manga

Okładka

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 3/10 kreska: 6/10
fabuła: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

brak

Wylosuj ponownieTop 10

Futsutsuka na Oyako de wa Arimasu ga

Rodzaj: Manga
Wydanie oryginalne: 2013-
Liczba tomów: 6+
Tytuły alternatywne:
  • ふつつかな父娘ではありますが

Kopciuszek z liceum i książę z korporacji. Ta bajka nie może się dobrze skończyć…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Gdzieś daleko, daleko za górami, lasami i morzami, w XXI­‑wiecznej Japonii żyła sobie Kopciu… piętnastoletnia Nae, która dzielnie pracowała w restauracji swojego wujostwa, a mimo że krewni źle ją traktowali, każdy dzień zaczynała z uśmiechem na ustach. Aż pewnego dnia los odwzajemnił uśmiech i przysłał jej dobrą wróżkę w postaci poczciwego dziadka, stałego bywalca lokalu, który nagle okazał się wielkim bogaczem, gotowym adoptować nastolatkę. W dodatku z miejsca przedstawił jej dziedzica swojej fortuny – chmurnego księcia imieniem Kaoru. Czyżby miłość jak z bajki? O nie, nie, nie. Dobroduszny staruszek oznajmił bowiem, że to właśnie pnący się po szczeblach kariery w firmie młody ekonomista ma zostać przybranym ojcem Nae.

No dobrze, ja wiem, że cała masa romansów shoujo jest grubymi nićmi szyta, ale żeby tak już z marszu zabijać jakiekolwiek resztki realizmu? Nie chodzi o sam motyw nastoletniej sierotki zakochanej w młodym i przystojnym opiekunie, który w nieoczekiwanym momencie spada jej jak gwiazdka z nieba, bo wbrew pozorom da się to tak rozegrać, żeby historia miała ręce i nogi. Cóż, przepis na chociażby odrobinę wiarygodną opowieść w tych dekoracjach prosty nie jest, ale da się na jego podstawie stworzyć strawny scenariusz, w którym co prawda nie ma adopcji, ale licealistka umawia się z facetem starszym przynajmniej o dziesięć lat. Od pierwszych stron wyraźnie jednak widać, że autorka tej mangi go nie czytała.

Gdyby to był początek (melo)dramatu obyczajowego, w którym uczucie bohaterów łamie przyjęte normy społeczne, bla, bla i tym podobne rzeczy, to można by jeszcze machnąć na to ręką, bo fabuła przynajmniej próbowałaby brać siebie na serio (tak, chyba właśnie odkryłam, że to również może być zaleta… I jest to przerażające). A tymczasem usiłuje się czytelnikowi sprzedać coś takiego pod postacią polanego lukrem romansu szkolno­‑biurowego. Nie, ja od czasu do czasu naprawdę nie mam problemu z połknięciem skrajnie przesłodzonego i nierealistycznego romansidła (niechby było szkolne czy biurowe) i nawet czerpię przyjemność z takiej lektury. Ale całość musi przynajmniej sprawiać wrażenie, że posiada wspomniane powyżej kończyny i nie zbaczać w żadnym dziwnym kierunku. Choujin zupełnie o to nie dba i z miejsca wrzuca w fabułę całe wiadro absurdów. Z jednej strony próbuje nam wmówić, że mamy do czynienia z niewinnym romansem (cóż, to w końcu shoujo) licealistki z młodym, ale jednak znacznie starszym od niej biznesmenem. Z drugiej zaś, iż to prawdziwe uczucie rodzące się w dosyć kłopotliwych okolicznościach, bo zainteresowanych prawnie łączy więź ojcowsko­‑córczyna i jest to podkreślane na każdym kroku. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie te pomysły się wykluczają, a ich wyjątkowo toporne połączenie wywołuje bardzo nieprzyjemny dysonans.

Wiecie co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że to dopiero początek, a już wszystko sypie się w posadach. Ale potem może być lepiej, fabuła ma przecież szansę wygrzebać się z tego bajorka, prawda? Byłoby fajnie, ale nie ma tak dobrze, bo już na pierwszy rzut oka widać, że scenariusz pisany jest na kolanie i właściwie nie ma rozwoju fabuły, tylko odhaczanie kolejnych schematów, niekoniecznie z sensem… Nagle pojawia się ten trzeci (obowiązkowo wredny i natarczywy), potem ta trzecia (obowiązkowo piękna przyjaciółka z lat młodzieńczych), potem zaczynają się wątpliwości w zestawie z dziecinną zaborczością, gdzieś tam w tle skaczą nastoletnie fanki głównego bohatera (ja wiem, że to jest przystojny i bajecznie bogaty kawaler do wzięcia, ale nie jest gwiazdą estrady, tylko biznesmenem… te nastolatki czytują pisma ekonomiczne czy jak? A może brukowce nie mają już o kim pisać?), zaś rodzina w pewnym momencie stwierdza, że taka sytuacja jest nie do przyjęcia, bo kwestie spadkowe i skandal i w ogóle. Serio? No dobrze, zdarzają się niesnaski na szczytach władzy, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi tro… znaczy, stołek prezesa, ale w przypadku tej mangi jak na dłoni widać, że cały ten wagon wytartych klisz służy tylko i wyłącznie jednemu celowi – skomplikowaniu życia bohaterów. Cóż, jakoś tak się przyjęło, że nieudolni autorzy piętrzą przed zakochanymi problemy natury zewnętrznej, zupełnie zapominając o tym, co może dziać się w głowach jednostek w tak niefortunnych okolicznościach. W dodatku intensywności emocjonalnej w tej historii nie ma za grosz, jedynie nuda i powtarzalność polane tonami infantylności z cukrem.

Podobnie jak fabuła, również obsada cierpi na uwiąd osobowości, bo te kilka cech, które przypisano bohaterom, niewiele ma wspólnego z charakterami. Kukiełka nr 1 czyli Nae (po adopcji nosząca szlachetne nazwisko Kiryuu) to do bólu (ale takiego naprawdę intensywnego) przeciętna sierotka o dobrym serduszku, dodatkowo skrajnie naiwna, niewinna, bierna i świetnie zajmująca się domem. Tak, to ostatnie nie jest cechą charakteru, ale to nieodzowna cecha idealnej kandydatki na przyszłą żonę w mangach shoujo. Kaoru to człowiek sukcesu, nieprzystępny przystojniak – góra lodowa przekonana, że Nae czyha na jego rodzinne pieniądze, ale ostatecznie topniejąca pod jej słonecznym uśmiechem. A, no i oczywiście to niereformowalny bałaganiarz… Ona świetnie sprząta i gotuje, a on kompletnie nie wie, jak zabrać się za ogarnięcie mieszkania. Świetnie się dobrali! Z logicznego punktu widzenia tylko to powinno ich łączyć, bo na przestrzeni rozdziałów rozwoju emocjonalnego w ogóle nie widać, ale przecież wszyscy dobrze wiemy, jak to w romansidłach dla nastolatek jest naprawdę. Nae jako jedyna może stworzyć mu ciepły dom, a Kaoru jako jedyny może zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Gdzie w tym wszystkim romantyczna miłość? Nie mam zielonego pojęcia, ale para dosyć szybko zaczyna się rumienić na swój widok i traci umiejętność prowadzenia konstruktywnych dialogów. O ile jeszcze można zrozumieć protagonistkę, bo jest nastolatką z zerowym doświadczeniem w tych sprawach, to zupełnie nie widzę tego w przypadku wybranka jej serca. Ja wiem, że mężczyźni to duże dzieci, ale Kaoru z pierwszych rozdziałów to bardzo słaby kandydat na partnera, a co dopiero opiekuna prawnego dorastającej dziewczyny. A nie, to przecież był genialny plan cudownego dziadka, który stwierdził, że te skrzywdzone mniej lub bardziej duszyczki potrzebują akurat siebie nawzajem.

Skoro już przy postaci prezesa jesteśmy… Poczciwy dziadziuś to nic innego jak narzędzie fabularne, które wpędza bohaterów w tę absurdalną sytuację. Oczywiście w projekcie bohatera mózgu nie przewidziano, więc to wszystko ma potem tragiczne (dosłownie i w przenośni) skutki dla fabuły. Reszta obsady dzieli się na mniej lub bardziej wredne piąte koła u miłosnego wozu, wyjątkowo paskudnych członków rodziny z obu stron (czy w tych familiach ktokolwiek prócz dziadka i zmarłych rodziców Nae jest przychylny głównym bohaterom?), tłum statystów ze szkoły Nae oraz jacyś tam znajomi Kaoru. Ciekawszych cech charakteru nie stwierdzono u nikogo.

Kreska w Futsutsukana Oyako de wa Arimasu ga jest bardzo typowa dla kategorii shoujo, ale całkiem przyjemna dla oka, bo zaniechano jakichkolwiek eksperymentów graficznych i dostajemy po prostu nieźle wykonaną robotę rzemieślniczą. Projekty postaci nie grzeszą oryginalnością, ale też nie straszą przesłodzeniem (prezentują jeszcze w miarę strawny poziom), tła nie występują zawsze, ale jeśli już są, to w miarę szczegółowe, a rastry choć często stosowane, nie wywołują oczopląsu. Największą zaletą oprawy graficznej jest przejrzystość kadrów, natomiast bezpłciowość stylu może sugerować, że to kolejne schematyczne, ale znośne romansidło dla nastolatek.

Teoretycznie przed napisaniem tej recenzji powinnam się poważnie zastanowić, czy jest sens mieszać z błotem tę zupełnie przeciętną i w gruncie rzeczy bezbronną historyjkę, bo na rynku wydawniczym znajdziemy wiele znacznie gorszych. Z drugiej jednak strony, gdy człowiek po raz kolejny trafia na coś tak głupiego i sztampowego, to już powoli zaczyna mieć dość, a że rysunek w tej stosunkowo nowej mandze jest całkiem niezły, może stać się zachętą dla potencjalnych czytelników. Tym bardziej, że gdy rzuciłam na to okiem, od razu nasunęło mi się skojarzenie z Hana no Namae i Takane to Hana, które do arcydzieł nie należą, ale są całkiem sympatyczne. Niestety, już drugi rzut oka uświadomił mi, że ktoś wpadł na pomysł, aby stworzyć koszmarnie niedorobioną, nieprzemyślaną i niekonsekwentnie prowadzoną hybrydę powyższych tytułów. A jak się chwilę zastanowić, to stwierdzam, że naprawdę niewiele trzeba, by sto razy lepiej zrobić to, co próbowano osiągnąć w tym przypadku… Chociaż w sumie nie wiem, co próbowano osiągnąć. Komedia i melodramat toną tu po uszy w zapleśniałym wywarze ze schematów, a po romantyczności słuch zaginął już dawno. To nic, że manga cały czas powstaje, bo tyle materiału w zupełności wystarczy, by wyrobić sobie o niej opinię. Chyba żeby miał wydarzyć się cud, ale prędzej zapomnę o tym tytule, niż doczekam do końca publikacji.

Enevi, 30 stycznia 2017

Technikalia

Rodzaj
Wydawca (oryginalny): ASCII Media Works
Autor: Choujin