Taki styl, ale według mnie dobrze dopasowany do treści mangi. Nie wszędzie bohaterowie muszą być piękni jak z obrazka. Podobnie rzecz ma się w anime, weźmy np. Bokurano, gdzie uczynienie bohaterów postaciami zwyczajnymi, ani uderzająco pięknymi ani też szpetnymi, nadaje im nieco więcej zwyczajności niż gdybyśmy mieli tam armię bizonów i biszodziów.
a mianowicie do ich twarzy. Są po prostu brzydkie.
Och, jakie to przykre, że nie wszyscy ludzie na świecie wyglądają jak modele z katalogu… Ale właśnie to dodaje „Gunjou” realizmu, inaczej mielibyśmy kolejną, typową bishojo mangę o wielkookich lasencjach.
Jedna z moich pierwszych i do dziś ulubionych mang yuri. Nietypowa, wciągająca historia, dalekie od schematu gatunkowego postaci i fajna, oryginalna kreska.
Wątek romantyczny został tu mniej wyidealizowany niż w „Love my Life”, bohaterki są bardziej z krwi i kości, nawet jeśli to oznacza, że takiej Nikki na początku czytelnik nie znosi. Całkiem nieźle przeplatana opowiastka z mangi rysowanej przez bohaterkę z fabułą komiksu. Zakończenie – trochę zbyt słodkie, ale cóż złego w happy endach?
Grisznak
28.11.2011 11:53 Re: Pytanie po przeczytaniu drugiego tomu.
Komentarz do recenzji "Drug-On"
To podpada pod kliknij: ukryte klonowanie, więc trudno jednoznacznie stwierdzić.
Dobre, ale dla graczy. Fan gier video będzie się bawił świetnie, bo odniesień, pośrednich i bezpośrednich, jest tu od groma, do tego dostajemy obraz japońskiego rynku, a całość całkiem zgrabnie obudowano historią z lekko na razie zaznaczonym wątkiem romantycznym.
W drugim tomie seria zyskała na wyrazistości. Autorka ciekawie operuje makabrą – zamiast ładować ją w ilościach hurtowych, wrzuca ją względnie, jak na taki tytuł, oszczędnie. A historyjka dodatkowa była urocza.
Zważywszy na długość oraz zawartość, byłbym niesprawiedliwy, gdybym ocenił fabułę wyłącznie na podstawie tego, co zostało tu zaprezentowane. Jeżeli manga zostanie wydana w całości, wtedy na pewno napiszę jej recenzję i wydam swój osąd. Ponadto, recenzje tomikowe są siłą rzeczy bardziej „techniczne” i koncentrują się w mniejszym stopniu na fabule – szczególnie widać to przy recenzjach pierwszych tomów.
Jako osoba, która zaproponowała „kamerdynera”, sugeruję zapoznać się ze znaczeniem obydwu słów. Lokaj to zwykły służący, kamerdyner to najważniejszy ze służących, będący osobistym służącym pana/pani. Różnica widoczna gołym okiem, prawda?
Dobiłem do pięciu tomów. Pierwsze trzy kupiłem, kolejne pożyczałem od znajomych, łudząc się obietnicami kumpli typu „Poczekaj, to się rozkęci”, „Dalej będzie lepiej”, ale po piątym skończyłem nawet z tym. Nudne i przewidywalne (bo wiadomo, że bohaterowie zawsze muszą wygrać), za grosz nie ma w sobie niczego, co by mnie utrzymywało w chęci dalszego czytania i śledzenia losów Luffyego i reszty. Kiepsko wypadają postaci – na początku pewna naiwności Luffyego bawiła, nie powiem, ale teraz widać, że to już jest czysta głupota, żadna tam naiwność. Mam nieodparte wrażenie, że ta manga się zestarzała, na dodatek w złym stylu. O ile „Dragon Ball”, zwłaszcza jego początek, wciąż mnie bawi, a kreska Toriyamy ma pewien styl, tak kreska Ody wydaje się dość przeciętna. Może w swoich czasach ten komiks wypadał lepiej? Trudno mi powiedzieć. Żałuję, bo tematyka fajna i zaskakująco rzadko w anime oraz mandze obecna. Cóż, może gdybym miał 15 lat mniej… ale i tak wtedy znałem już „Kapitana Blooda”, „Tajemniczą Wyspę” i „Porwanego za młodu”.
Grisznak
8.08.2011 12:52 Re: "We'll go on forevermore, just like this boundless sky..."
Komentarz do recenzji "Yosuga no Sora - In Solitude, Where We Are Least Alone"
Tak, jeśli takowych nie ma, to i nie ma problemu. Recenzję wyślij mailem do Avellany.
Mam pytanie – w bodaj czwartym tomie (a może to był piąty…) bohaterki zwracają się do siebie pieszczotliwie per „Ty kruwo”. Początkowo myślałem, że to literówka, ale występowało to kilka razy. Ktoś może mi to przetłumaczyć z wanekowego na polski (tzn. czy w oryginale też była jakaś przerobiona forma słowa określającego kobietę lewitujących obyczajów, czy też przekręcona wersja nazwy łaciatego zwierzęcia dającego mleko, czy może coś jeszcze innego?)?
Chociaż część obecnych w tym albumie grafik można znaleźć także w polskich wydaniach mang Zbola, to jednak już sam format (a4) poprawia ich jakość, do tego jest tu sporo innych perełek (np. arty z Chun Li ze „Street Fighter). Rzecz bardzo udana, a dzięki niemieckiemu wydaniu, dostępna w relatywnie niskiej jak na artbooki cenie (ja zapłaciłem ok. 50 zł).
Jeden z weselszych numerów w dziejach mojej kolekcji. Wygrałem to w jakimś konkursie na jednym z moich pierwszych konwentów. Artbook bardzo ładny, szczególnie kolorowe prace robią duże wrażenie, bo autorka potrafi machać akwarelą. Cóż w tym zatem wesołego? Otóż byłem święcie przekonany, że to zwykły shojec. Tymczasem, po wielu latach okazało się, że to żadne shojo, ale normalnej yaoi, bo wszystkie postaci „żeńskie” występujące w tym artbooku okazały się chłopami (tymczasem niektóre nawet mają zarysy biustu).
Największy emoangst w dziejach yuri, przynajmniej nie miałem pecha trafić na większego. Nawet ciężka pod tym względem „Pieta” była bardziej lekkostrawna.
Dlatego też nie porównuję ze Stanami, ale przede wszystkim z bliższymi jednak Polsce geograficznie i rozmiarowo krajami europejskimi. Poza tym, akurat Amerykanie byli mangą i anime karmieni bardzo długo, a Tezukę też znają od dawna.
W Polsce komiks japoński funkcjonuje od 15 lat. W krajach zachodnich – często dwudziestu, trzydziestu a czasem i dłużej. To sprawia, że wiele tytułów dla czytelników już klasyka i ich wydanie nie dziwi, dodatkowo mamy liczne grono 30+ latków, którzy są skłonni kupić starsze tytuły bez uprzedzeń wynikających z mało atrakcyjnej dla młodszego odbiorcy grafiki. Przyjdzie zapewne czas, kiedy i w Polsce dorośnie liczniejsza grupa tego typu, ale dla niej takim oldschoolem będą już zapewne rzeczy z lat 90. Tak czy owak, rynki niemiecki, hiszpański, włoski, francuski czy amerykański pozostają pod tym względem dużo bogatsze i różnorodne niż polski. Ale cóż, historia nigdy nie oszczędzała naszego kraju i tu też odcisnęła swoje piętno. Ponadto Tezuka był często wyświetlany jako anime, już w latach 60 i 70 na zachodzie. Dzięki temu nawet np. takie Włochy mają większość klasycznych dzieł Tezuki wydanych w formie komiksowej. Znowu, nas ominęło to całkowicie.
Żadna manga o kresce ciut starszej niż ta z końca lat 90 nie sprzedała się w Polsce w ciągu ostatnich 10 lat. Wcześniej były to w zasadzie wyjątki potwierdzające regułę – tytuły związane z hitowymi anime. Mangi jako takie – Jeż, Locke, Aż do Nieba, Hiroshima, Metropolis, Black Jack, nawet Fushigi Yugi, sprzedawały się bardzo słabo albo jeszcze gorzej. Nawet teoretycznie hiciarski „One Piece” zebrał już sporo gromów za kreskę. Polski czytelnik ma swoje bardzo konkretne wymagania i rynek stara się do nich dostosować. Do „Adolfów” podchodziły już w Polsce ze dwa wydawnictwa (przynajmniej o tylu wiem), a z obecnych jedyne, które by mogło się tego podjąć – Hanami, zapowiedziało podczas konferencji prasowej na Wanekonie (w której brałem udział), że na Tezukę, nieważne czy nowszego czy starszego, nie ma szans, z racji niemal 100% pewności odrzucenia przez potencjalnych klientów z racji nieatrakcyjnej kreski.
Re: Dramat przez duże D
Re: Dramat przez duże D
Och, jakie to przykre, że nie wszyscy ludzie na świecie wyglądają jak modele z katalogu… Ale właśnie to dodaje „Gunjou” realizmu, inaczej mielibyśmy kolejną, typową bishojo mangę o wielkookich lasencjach.
Bardzo udana manga
Re: Pytanie po przeczytaniu drugiego tomu.
Ponadto, recenzje tomikowe są siłą rzeczy bardziej „techniczne” i koncentrują się w mniejszym stopniu na fabule – szczególnie widać to przy recenzjach pierwszych tomów.
Re: Polskie wydanie
Re: O limicie wiekowym.
Come on, ile lat już minęło? 10? I ludzie wciąż tą biedniutką „Uwagę” wyciągają.
Re: pytanie odnośnie przekładu
Re: pytanie odnośnie przekładu
koniec
Mam nieodparte wrażenie, że ta manga się zestarzała, na dodatek w złym stylu. O ile „Dragon Ball”, zwłaszcza jego początek, wciąż mnie bawi, a kreska Toriyamy ma pewien styl, tak kreska Ody wydaje się dość przeciętna. Może w swoich czasach ten komiks wypadał lepiej? Trudno mi powiedzieć. Żałuję, bo tematyka fajna i zaskakująco rzadko w anime oraz mandze obecna. Cóż, może gdybym miał 15 lat mniej… ale i tak wtedy znałem już „Kapitana Blooda”, „Tajemniczą Wyspę” i „Porwanego za młodu”.
Re: "We'll go on forevermore, just like this boundless sky..."
Re: :)
Zechcesz wyjaśnić, co przez to rozumiesz?
pytanie odnośnie przekładu
Re: Bradherley no Basha
Re: Średnie.
Re: heh
Poza tym, akurat Amerykanie byli mangą i anime karmieni bardzo długo, a Tezukę też znają od dawna.
Re: heh
Tak czy owak, rynki niemiecki, hiszpański, włoski, francuski czy amerykański pozostają pod tym względem dużo bogatsze i różnorodne niż polski. Ale cóż, historia nigdy nie oszczędzała naszego kraju i tu też odcisnęła swoje piętno.
Ponadto Tezuka był często wyświetlany jako anime, już w latach 60 i 70 na zachodzie. Dzięki temu nawet np. takie Włochy mają większość klasycznych dzieł Tezuki wydanych w formie komiksowej. Znowu, nas ominęło to całkowicie.
Re: heh
Nawet teoretycznie hiciarski „One Piece” zebrał już sporo gromów za kreskę. Polski czytelnik ma swoje bardzo konkretne wymagania i rynek stara się do nich dostosować.
Do „Adolfów” podchodziły już w Polsce ze dwa wydawnictwa (przynajmniej o tylu wiem), a z obecnych jedyne, które by mogło się tego podjąć – Hanami, zapowiedziało podczas konferencji prasowej na Wanekonie (w której brałem udział), że na Tezukę, nieważne czy nowszego czy starszego, nie ma szans, z racji niemal 100% pewności odrzucenia przez potencjalnych klientów z racji nieatrakcyjnej kreski.
Re: heh